Dołącz do czytelników
Brak wyników

Horyzonty polonistyki

5 grudnia 2017

NR 9 (Listopad 2015)

Na dwoje babka wróżyła, czyli o fenomenie polskiego reportażu
Rozmowa z Magdaleną Grzebałkowską

0 272

„Bardzo długo nie mogłam napisać reportażu o przeprawie przez Zalew Wiślany. Dlatego że przez cały czas miałam w głowie jeden obraz – ludzi idących po lodzie. I myślałam, że nie chcę od tego obrazu zaczynać, bo to jest takie oczywiste. Ale po tygodniu się poddałam. Ten obraz nie dawał się zamazać w mojej głowie. I pomyślałam sobie, no dobra, może tak trzeba, i trzeba się z tym pogodzić. Bo, ja zawsze tak myślę, co z tego, że to jest oczywiste, skoro jest dobre”. (O pracy nad ksiażką Rok 1945. Wojna i pokój).
 

Jak skomentuje Pani tegoroczną Nagrodę Nobla dla Swietłany Aleksijewicz?

Swietłana Aleksijewicz jest wybitną reporterką. I w końcu reportaż został uhonorowany największą nagrodą literacką. Bo przecież reportaż to jest literatura. Do tej pory był traktowany trochę po macoszemu. Można dyskutować, czy się lubi sposób pisania Alieksjejewicz, czy nie. Natomiast materiał, który ona zbiera, jest wybitny. Już od dawna zresztą mówiło się, że należy się Nobel w dziedzinie reportażu. Kapuściński przecież też był swego czasu typowany.

Tymczasem żaden reportażysta w Polsce nie otrzymał nagrody NIKE.

No tak. Owszem, często reportaż bywa w pierwszej dwudziestce nominowanych, a potem do tej finałowej siódemki jednak nie dociera. Mi się wydaje, że to wynika z jakichś wewnętrznych strachów komisji. Obaw przed zarzutem, że reportaż to nie jest prawdziwa literatura. Bo przecież gdyby była, czy trzeba by ją dopełniać słowem: literatura – faktu? Tak to sobie wyobrażam i tłumaczę. Ponieważ tak naprawdę nie wiem, czemu żaden reportażysta nigdy nie dostał NIKE. Mam nadzieję, że Nagroda Nobla to zmieni, da odwagę do takich decyzji.

Współczesna literatura nie najlepiej radzi sobie ze współczesnością i pewnie z tego powodu wielu poważnych pisarzy woli zajmować się czasem przeszłym. Jednakże traktuje go w kategoriach sielskiej scenografii. Czy popularność reportażu bierze się stąd, że pokazuje on rzeczywistość bez kostiumu? Czy reportaż mówi prawdę?

Mariusz Szczygieł wysnuł taką tezę, że w czasach kryzysu literatura piękna okazuje się za słaba, żeby sprostać potrzebom czytelników. W czasach kryzysu potrzebujemy przewodnika, kogoś, kto da nam gotowe odpowiedzi. Nie powiedziałabym, że reportaż tych odpowiedzi udziela, ale reportaż pokazuje świat rzetelnie. I objaśnia go bez upiększeń. Czytałam ostatnio świetną książkę o Teheranie Ramity Navai [przyp. red.: Miasto kłamstw. Cała prawda o Teheranie, Ramita, Navai, wyd. Prószyński i S-ka). I pomyślałam sobie, że – właśnie – nie sięgnęłabym po literaturę piękną, żeby dowiedzieć się, jak tam jest. Reportaż wzbudza większe zaufanie.

10 lat temu specjalnością polskiej literatury była poezja, teraz podobnie dzieje się z reportażem. Jak Pani to widzi – czy polska literatura reportażem stoi? Czy to jest taki nasz mocny atut, również eksportowy?

Moi koledzy mówią, że polski reportaż jest najlepszy na świecie. Ja bym tak tego nie powiedziała. Norwedzy są przekonani, że ich reportaż jest najlepszy. Francuzi są przekonani – że ich reportaż jest najlepszy. Amerykanie, że ich. A my twierdzimy, że nasz. Faktem jest, że nasz jest bardzo dobry i nie musimy się go wstydzić. Jest wydawany na świecie. Jagielski, Szczygieł, Tochman. Polski reportaż jest specyficzny. Można go dla przykładu porównać z reportażem amerykańskim, który jest bardzo dobry, jednak traci literackość na rzecz faktu. Tymczasem Polski reportaż również faktem stoi. Ale nie opiera się literaturze. Polskie reportaże są literackie. 

 

W czasach kryzysu literatura piękna okazuje się za słaba, żeby sprostać potrzebom czytelników. W czasach kryzysu potrzebujemy przewodnika, kogoś, kto da nam gotowe odpowiedzi. Nie powiedziałabym, że reportaż tych odpowiedzi udziela, ale reportaż pokazuje świat rzetelnie. I objaśnia go bez upiększeń.

 

Reportaż jest naszą wizytówką za granicą. We Francji, w Austrii, w Szwecji – wydawane są antologie polskiego reportażu. Nie jest on zatem czymś zupełnie egzotycznym na świecie. Oczywiście, pewnie nie dla przeciętnej amerykńskiej gospodyni...

Otóż to. Reportaż z jednej strony jest literaturą wysoką, trudną, ale z drugiej – jest literaturą popularną. 

Bo polski reportaż to fajnie łączy. Popularność reportażu zaczęła się już w latach 70. Moja babcia np., co pamiętam, zaczytywała się w takich seriach wydawniczych Ekspress reporterów. I to może nie były wybitne reportaże, ale one opowiadały świat. Były oknem na świat. Więc popularność reportażu bierze się też z takiej tradycji czytelniczej i potrzeby podejrzenia, co się dzieje na świecie. Natomiast owo wysublimowanie z kolei bierze się stąd, że reportaże często po prostu są dobrze napisane. Są dobrą literaturą, bez obciachu. Oczywiście, jest mnóstwo słabego reportażu. Takiego, którego ja nie lubię. Trzeba też pamiętać, że specyfika reportażu polega na tym, że trzeba go szybko napisać, tu zwyczajnie nie ma czasu na cyzelowanie. Kilkanaście lat temu, jak pracowałam w „Dużym Formacie”, na reportaż można było poświęcić trzy miesiące. Wojciech Tochman wtedy powtarzał, żeby nawet po tych trzech miesiącach nie oddawać go od razu do druku, tylko pozwolić mu poleżeć jeszcze pół roku. Potem do niego wrócić i zobaczyć, jak to jest napisane. Z tym pół roku to przesada, aż tak idealnie to nigdy nie bywało, ale przynajmniej te trzy miesiące na tekst się miało. Dzisiaj nawet „Duży Format” wymaga, żeby reporter napisał tekst w tydzień. Więc siłą rzeczy, one czasami nie są najlepsze. Dlatego inaczej jest z reportażami książkowymi. Można je lepiej przemyśleć, dopracować, poświęcić im więcej 
czasu i pracy. 

Wyglądałoby na to, że egzystencja książkowa jest błogosławieństwem dla reportażu. Jednak, czy nie kryje się tu niebezpieczeństwo, że zaleje nas fala gniotów i reportaży byle jakich?

No, to jest na dwoje babka wróżyła. Wydawcy nie boją się teraz wydawać reportaży i to jest dobre. Kiedy ja przyszłam do Znaku w roku
2009 z reportażem biograficznym księdza Twardowskiego, nie chcieli tego wydać, tłumacząc, że to jest literatura trudna. Nie wiem..., trudna do sprzedaży pewnie. A teraz to się bardzo zmieniło. Teraz wszystkie wydawnictwa wydają reportaże. I jest tu jednocześnie pewne niebezpieczeństwo. Często wychodzą słabe książki, niedopracowane, z błędami, źle napisane po prostu. Dlatego, że wydawnictwa próbują dyskontować reportaże. I to z kolei nie jest dobre. Jednak podobnie było przecież z kryminałem. W pewnym momencie ktokolwiek napisał kryminał, mógł liczyć na wydawcę. Nie zmarnowało to jednak samego gatunku, myślę. 

Powiedziała Pani, że cechą polskiego reportażu jest jego literackość. Z jakich narzędzi literackich korzysta Pani podczas pisania? Czym Pani intryguje czytelnika, zatrzymuje go przy sobie?

Szczerze mówiąc, nie posługuję się żadnymi świadomie. Mnóstwo czytam i lubię naśladować innych. Nie chodzi mi oczywiście o plagiat. Natomiast trzeba wiedzieć, że w reportażu powstało już wszystko i chodzi teraz o to, żeby to umiejętnie wykorzystać dla siebie. Przefiltrować przez siebie. Kiedy zaczynałam jako reportażystka, szukałam wszędzie inspiracji. Potem myślałam, że zdarzało mi się pisać tak jak Mariusz Szczygieł. Zdarzało mi się pisać tak jak Hanna Krall. Pewnie wydawało mi się, że mi się zdarza. Ale zawsze na szczęście miałam świadomość, że oni są niepodrabialni. Szczególnie Krall jest jedyna w swoim rodzaju. Teraz działam bardziej intuicyjnie. Nie mam czegoś takiego jak plan reportażu czy książki. Siadam i piszę. Potem dopiero zauważam, że np. bardzo lubię powtórzenia. 

A czy kompozycja 12 reportaży jak 12 miesięcy w roku wyszła przypadkiem?

To wydawało się takie oczywiste. Pamiętam, że zadzwoniłam do Mariusza Szczygła, który obok Małgorzaty Szejnert jest moim idolem. Zadzwoniłam, żeby przegadać tę książkę. I on wpadł na świetny pomysł, jak ten Rok 1945 powinien wyglądać. Pomysł Mariusza był jednak tak skomplikowany, że ja się poddałam. Chodziło bowiem o to, żeby w każdej historii była postać, która będzie się przewijała potem w kolejnych reportażach. Jako postać pierwszoplanowa, drugoplanowa czy dalsza. Na przykład, żeby moja szabrowniczka Niusia, która pojawia się w styczniu, pojawiła się jeszcze w lutym, na zasadzie: ...a tymczasem Niusia robiła to i to. Pomysł jest świetny, ale to jest praca na 10 lat, a ja miałam rok na napisanie tej książki. 

Jednym z pierwszych pomysłów na te reportaże były ogłoszenia drobne. Ja jestem archiwistką z wykształcenia, więc ogłoszenia drobne uwielbiam. One najwięcej mówią...

Pozostałe 70% treści dostępne jest tylko dla Prenumeratorów

Co zyskasz, kupując prenumeratę?
  • 6 wydań magazynu "Polonistyka"
  • Dostęp do wszystkich archiwalnych artykułów w wersji online
  • Możliwość pobrania materiałów dodatkowych
  • ...i wiele więcej!
Sprawdź

Przypisy