Dołącz do czytelników
Brak wyników

Horyzonty polonistyki

13 grudnia 2017

NR 15 (Listopad 2016)

Humor czarny i cyniczny

0 399

Z Gają Grzegorzewską, autorką kryminałów, o interpretacjach Muminków, Panu Tadeuszu, który mógł być kryminałem, i twórczym pisaniu wypracowań oraz szczelin, w które spogląda artysta – rozmawia Marcin Wilk.
 

Co czytała Gaja, gdy dziecięciem była?

Jedną z pierwszych książek, na której w ogóle nauczyłam się czytać, były te o Muminkach. Jeździłam z mamą i jej znajomymi do domu w Rabce. Wieczorami dzieci szły spać, a dorośli się bawili. Mama przychodziła jednak poczytać mi na dobranoc Muminki. Oczywiście nie zawsze się jej chciało. W końcu jako alternatywę miała imprezkę. Dlatego dawała mi wybór: kilka żelek albo czytanie. Zwykle wybierałam Muminki. W końcu nauczyłam się czytać z niecierpliwości, bo chciałam wiedzieć, co będzie dalej, nie czekając na kolejny wieczór. 

Potem wielokrotnie do Muminków powracałam. 

Uważam, że to bardzo mądre książki dla dzieci, ale też dla dorosłych, którzy odkryją kolejne warstwy opowieści, na przykład Tatuś Muminka i morze jako świetny kryminał w typowo skandynawskim stylu. To jest w ogóle najpoważniejsza z tych opowiastek. Poza tym jest to książka o samotności. 

Kryminał? Książka o samotności?

Czytam Tatusia Muminków i morze jako historię o kryzysie wieku średniego. Tatuś czuje się niepotrzebny i nieważny. Jego życie stało się ułożone, nudne i monotonne, a on pragnie przeżyć jeszcze jakąś przygodę, bo chce wykazać się czymś przed rodziną. Postanawia więc przeorganizować im całe życie. Zabiera ich w podróż, której celem jest odległa samotna wyspa z latarnią morską, mająca stać się ich domem. 

Okazuje się, że nic nie jest tak, jak zaplanował. W dodatku nie zauważa, że jego żona totalnie odpływa w swój świat i zaczyna rysować na ścianie krajobraz, który przypomina jej stary dom. Jego syn wymyka się nocami z domu na dziwne schadzki z Buką, chociaż podkochuje się w konikach morskich. Przeżywa jednym słowem rozterki dojrzewania. Jest też Mała Mi, która jest wielką indywidualistką i jako osoba pogodzona ze sobą wydaje się nie mieć żadnych problemów i jedynie z dystansu obserwuje resztę. Następuje rozpad więzi rodzinnych, bo oni tylko na krótkie chwile stykają się ze sobą, a tak naprawdę żyją osobno. 

To o samotności. A kryminał?

Chodzi o zaginięcie latarnika i tajemnicę gburowatego rybaka żyjącego samotnie na cyplu. Nie wiadomo, kim jest i jaki mroczny sekret ukrywa. Być może zrobił coś złego. Być może zamordował latarnika... Nie będę spoilerować, jak to się kończy, chociaż oczywiście – jak to w Muminkach – nie ma tu łatwego happy endu. 

Muminki to są więc książki, do których można powracać i dziś, znajdując wciąż coś nowego.

Właśnie słyszę. A poza Muminkami co czytałaś?

Oczywiście Dzieci z Bullerbyn.

Ale to zupełnie inna książka miała na mnie największy wpływ. Był to Faraon, który przeczytałam w czwartej klasie podstawówki. Ta powieść zmieniła moje życie. Dosłownie. Zafascynowana czytałam o dworskich intrygach i romansie Ramzesa z Żydówką Sarą. 
Potem zaczęłam szukać innych książek o starożytnym świecie. 
Na przykład Egipcjanina Sinuhe. Czytałam dużo potwornych historii. Pewnie jako 13-latka nie powinnam ich znać. Ale w rezultacie okrężną drogą dotarłam do powieści Agathy Christie, które rozgrywały się na wykopaliskach archeologicznych. W ten sposób przeskoczyłam do czytania kryminałów.

Kryminały kryminałami. A lektury szkolne? Czytałaś je sumiennie? 

Wszystkie! Mama mi tłumaczyła, że trzeba je znać, bo jest to potrzebne do ogólnego wykształcenia. Trzymałam się tego. 

Nie wierzę.

No dobra. Zależy, o których lekturach mówimy. Może kilku nie doczytałam do końca... Prawda jest też taka, że urozmaicałam sobie czytanie na różne sposoby. W przypadku Pana Tadeusza wmawiałam sobie na przykład, że jest to kryminał. 

Pan Tadeusz?

Pomyśl tylko. Tadeusz przyjeżdża do Soplicowa, widzi ślady Zosi i zastanawia się, cóż to za ślady (śmiech). 

Mówiąc już poważnie: uważam, że znajomość kanonu jest ważna. Nawet jeśli służy tylko do rozumienia memów w internecie. 

Niby tak, ale większość lektur to jednak chyba stare ramoty. Ktoś cytuje w necie Orzeszkową czy Żeromskiego?

No nie. Dlatego ważne, by listę uaktualniać. Uważam, że wprowadzenie – na przykład – Harry’ego Pottera na listę lektur jest świetnym pomysłem. To jest w ogóle świetny cykl, z doskonale zbudowanym uniwersum i dużym polem do popisów interpretacyjnych. Ostatnia część nawiązuje całkiem wprost do drugiej wojny światowej. Włącznie z tym, że są tam szmalcownicy, osoby nieczystej krwi muszą się ukrywać, a Lord Voldemort głoszący wyższość rasy czarodziejów nad rasą ludzi sam jest półkrwi, bo jego ojciec był człowiekiem. Od razu nasuwają się skojarzenia z niejasnym pochodzeniem Hitlera. Każdy z tomów Harry’ego Pottera ma też kryminalną zagadkę. Poza tym opowiada o podstawowych wartościach: przyjaźni, miłości, lojalności. I jest to napisane w ciekawy, pozbawiony nachalnego dydaktyzmu sposób.

Ale gdybyś mnie spytał, jak odświeżać całą listę lektur, nie umiałabym ci odpowiedzieć. Sądzę, że to bardzo trudne zadanie i trzeba myśleć o wieku czytelników oraz formie, w jakiej wprowadzać dane teksty. 

Zostawmy to specjalistom, porozmawiajmy lepiej o pisaniu. Lubiłaś w szkole wypracowania?

Pisałam takie, które odbiegały od tematu. Czasem wymyślałam też oryginalne realizacje. Na przykład gdy była do napisania rozprawka z Antygony, zrobiłam to w formie zapisu przebiegu procesu rozgrywającego się na sali sądowej. W innym przypadku napisałam rozprawkę jako dialog kilkuosobowej rodziny w mieszkaniu. Każdy wygłaszał jakąś tezę i potem w dyskusji jej bronił. W ten sprytny sposób uatrakcyjniałam sobie te nudne zadania. 

Polonistom się to podobało?

Bardzo, często prosili mnie potem o czytanie ich przed całą klasą, czego zresztą się wstydziłam. Dostawałam jednak dwie oceny – „szóstkę” za wypracowanie i „jedynkę”, za ortografię. 

Dla mnie miarą dobrego nauczyciela jest to, że potrafi docenić indywidualność, samodzielne myślenie, stara się rozszerzyć horyzonty uczniów, wychodzi poza kanon. To nie jest wcale częste zjawisko w szkole. Ale ja trafiałam na wspaniałe polonistki, które pozwalały kombinować outside the box. Lubiłam to, zwłaszcza te podpowiedzi, gdzie szukać. Jestem sprzed ery internetu, więc nie wszystko dałam radę od razu sprawdzić. Doceniałam inspiracje, jakie płynęły z ich strony.

Brzmi naprawdę cudownie. To spytam więc szczerze: były jakieś lektury, których nie przeczytałaś?

Totalnie mnie odrzucili Ludzie bezdomni. Nie przeczytałam także całego Przedwiośnia. Żeromski mi nie podszedł. 

Bardziej Prus, prawda?

Podobała mi się Lalka. To znakomita, wielowątkowa powieść, którą można czytać na wielu poziomach. No i po prostu nie jest nudna. 

A nie za trudna? Czytając po latach Lalkę, zorientowałem się, że wiele wątków było dla mnie nieczytelnych.

Tak też bywa. Ale chyba nie warto się tym zniechęcać. Sama czytałam tak Mistrza i Małgorzatę. W sumie trzy razy. (Zaraz przeczytam po raz czwarty, bo ukazuje się nowe tłumaczenie). Nie wszystko rozumiałam od razu. Chociażby wątek Jeszui. Za każdą kolejną lekturą dokładały się nowe poziomy rozumienia tej książki.

T.S. Eliot powiedział kiedyś odnośnie do poezji, ale można to przenieść na czytanie w ogóle, że z poezją jest tak, że przemawia do nas, nim zostanie zrozumiana. Można się nią cieszyć, nie rozumiejąc treści, a sama przyjemność sprawi, że będziemy chcieli zgłębić więcej. Zgadzam się z tym. Przecież bywa, że podoba nam się język, jakaś myśl czy nasza własna interpretacja. Szersze zrozumienie może przyjść dopiero potem. 

Coś w tym jest. Ja w ten sposób, bez zrozumienia, pierwszy raz przeczytałem Szekspira. Byłem wtedy w szkole podstawowej.

Tak było u mnie z Dostojewskim. Był to ulubiony pisarz mojej babci. Ona mnie zachęciła. Przeczytałam go niemalże w całości, poza Braćmi Karamazow, których...

Pozostałe 70% treści dostępne jest tylko dla Prenumeratorów

Co zyskasz, kupując prenumeratę?
  • 6 wydań magazynu "Polonistyka"
  • Dostęp do wszystkich archiwalnych artykułów w wersji online
  • Możliwość pobrania materiałów dodatkowych
  • ...i wiele więcej!
Sprawdź

Przypisy