Dołącz do czytelników
Brak wyników

Książka na zakręcie

13 grudnia 2017

NR 15 (Listopad 2016)

Między rynkiem a Ministerstwem

0 249

Nauczyciele języka polskiego poruszają się dzisiaj w trzech przestrzeniach: zawieszeni między kursem historii literatury, współczesną twórczością literacką i wskazaniami ministerstwa edukacji dotyczącymi priorytetów w nauczaniu, próbują wytyczyć dla siebie i uczniów w miarę pewną ścieżkę, zrównoważyć nakaz wychowania do wartości i konieczność wykładania literatury dawnej – średnio atrakcyjnej dla większości młodzieży, której znaczenie próbujemy przybliżyć często przez kontekst literatury najnowszej.

Poezja romantyczna – tak, ale może w zderzeniu z Jackiem Podsiadłą i Marcinem Świetlickim, poezja barokowa – owszem, ale w zestawieniu z nowymi wierszami Romana Honeta, opisy Dzikich Pól u Sienkiewicza zrównoważone prozą Andrzeja Stasiuka. Trudno jednak wybrać dobry tekst współczesny, gdy na rynku wydawniczym roi się od bestsellerów, gdy bibliotekarze bezradnie rozkładają ręce, bo jesienią spada na nich istny deszcz nowości, a nad głowami wszystkich unosi się miecz ministerialny – wartości. 

Rynku książki ucieczka od wartości

Konia z rzędem temu, kto na rynku wydawniczym znajdzie jakiekolwiek wartości. Termin „wartości”, wymieniany zwłaszcza w kontekście wychowania, dla marketingowców wieje nudą. 
Wszyscy oni wolą mówić o prądach i nurtach. Wartości źle się kojarzą wydawcom, którzy szukają nowych talentów, chcą się wstrzelić w najnowsze nurty. W większości wydawnictw ten sposób myślenia znajduje swoje potwierdzenie już w nazwach stanowisk pracowników, przeszedł do lamusa redaktor literacki z prawdziwego zdarzenia, dzisiaj jego miejsce zajął redaktor nabywający, redaktor wyszukujący tytuły, którego zadaniem jest inicjowanie procesów wydawniczych. Na refleksję o wartościach nie ma tu miejsca, bo literatura przestaje kojarzyć się z kulturą, a staje się wąską i dość snobistyczną dziedziną w oceanie life-style’u. A w nim nie ma znaczenia wartość, raczej moda, trend, zmiana. Wygrywa nie ten, kto trafi na świetną powieść, a ten, kto wyczuje nowy trend – tak jak było z 50 twarzami Greya. Jeśli pojawia się gdzieś hasło „wartości”, to działy marketingu, akceptujące treść noty na książkę (w branży mówi się: „dać akcept”), pozwolą go użyć tylko w formule „autor porusza wartości uniwersalne”, nawet jeśli bliżej nie wiadomo, o jakie wartości chodzi. Gdy spotykają Państwo taki banał w wypracowaniach szkolnych, w ruch idą czerwone długopisy. Na rynku wydawniczym jest to zaś jedyny kontekst, w jakim wartości można jeszcze sprzedać. Sprzedaż właśnie jest tutaj ważna i wydaje się, że to jedyna wartość nieprzemijająca, jej więc podporządkowane są wszystkie ruchy – od poszukiwania nowych tytułów do wydania po ich promocję. 

Polityka oświatowa w roku 2016/2017 ma się realizować przede wszystkim poprzez wychowanie do wartości. Wiele osób zastanawia się nad znaczeniem tego priorytetu MEN – jego obecność sugeruje bowiem, że wychowania do wartości nie było wcześniej, że nauczyciele zajmowali się czym innym. Tymczasem każdy z Państwa przyznać musi, że to właśnie owe wartości często pętały nam ręce w procesie nauczania języka polskiego.

 

Śmierć wielkich moralistów

Promocja właśnie boi się tego, co tradycyjne, znane. Liczy się przede wszystkim skandal, przekroczenie tabu, a właściwie wykroczenie tylko jedną stopą, bo polski czytelnik nie lubi być wyrzucany poza obręb swoich przyzwyczajeń: powiew nowości – tak, ale nic więcej. Nikt odpowiedzialny za sprzedaż nie nazwie żadnego autora wielkim moralistą, bo takie miano byłoby ostatecznym gwoździem do trumny. Moralność na rynku funkcjonuje trochę na podobieństwo cnoty z wiersza Herberta – to stara panna, nad wyraz nieatrakcyjna i pachnąca naftaliną. Kto chciałby kupować dzisiaj o niej książki… Wszystkie wydawnictwa są jednak przedsiębiorstwami i trudno im się dziwić, że ratują się jak mogą, że sięgają po najdziwniejsze sposoby, by książkę sprzedać. W gruncie rzeczy odpowiadają tylko na potrzeby czytelników. Czyli to my chcemy czegoś nowego, innego – to my głosujemy w tej sprawie, kupując te, a nie inne książki. Chcemy skandalu, namiętnego romansu, krwawego kryminału, monologu alkoholika, afery politycznej, psychologicznych trzewi, pozbawionej wstydu historii autobiograficznej. 

Wartości subwersywne

Jeśli na rynku wydawniczym ostatnich lat pojawia się literatura wartościowa i o wartościach opowiadająca, to opiera się ona przede wszystkim na wartościach subwersywnych, a nie na wartościach głównego nurtu, których upowszechniania tak pragnie ministerstwo. Znużeni tysiącami opowieści o przeszłości chcemy usłyszeć inny głos, taką narrację, która do tej pory nie mogła się przebić. Subwersywny głos, czyli nie tylko głos inny, ale przede wszystkim zupełnie różny, ustawiony w kontrze do tych wszystkich znanych historii, wywrotowy. 

Opowieść o wojnie nie jest już od dawna historią o patriotycznym poświęceniu walczących. Sięgnijmy po kilka głośnych tytułów: Anna Dziewit-Meller w swej drugiej powieści, zatytułowanej Góra Tajget opowiada o II wojnie światowej na Śląsku. Nie ma u niej jednak tradycyjnych wątków związanych z wojną, bo zdecydowanie bardziej interesuje ją historia dotąd rzadko obecna, historia cierpienia kobiet i dzieci. Tytułowa góra była w Sparcie miejscem, z którego strącano w przepaść niepełnosprawne dzieci, w powieści zaś to metafora nazistowskiego projektu oczyszczania społeczeństwa – wszystkie dzieci z problemami odsyłane są do specjalnego ośrodka w Lublińcu, gdzie dokonuje się ich eksterminacji. Głównym bohaterem jest u Dziewit-Meller Ryś, chłopiec oddany do szpitala przez drugiego męża matki, uznany w domu za element zbędny. 

Druga ważna postać to Zefka, dziewczyna zgwałcona przez czerwonoarmiejców, jej historia włącza się zaś w coraz żywiej obecny w kulturze nurt narracji o losach kobiet w czasie wojny. Sceny gwałtu, komplikacji ciążowych, porodu pozwala zbudować oskarżenie – kobiece oskarżenie przemocy, jaką stosują mężczyźni wobec podbitego narodu. Dziewit-Meller nie pisze o poświęceniu dla ojczyzny, ale o cierpieniu indywidualnym, pozbawionym celu i sensu, o ludziach słabych, o których pamięć nikt się nie upomina, a którzy sami nie są w stanie zabrać głosu. 

Podobnie działa Sońka Ignacego Karpowicza – opowiada o młodej, pozbawionej elementarnego wykształcenia dziewczynie z kresowej wsi. Zakochuje się w esesmanie, rodzi mu dziecko, za co wieś ją karze. Karpowicz opowiada w sposób subwersywny właśnie – wybiera na swą bohaterkę kobietę, prostą chłopkę, przedstawia zwykłe życie wojenne – głód, chłód, kontyngenty, ciężką pracę w gospodarstwie, wreszcie przemoc, jakiej doświadcza dziewczyna. Gwałci ją ojciec, gwałci ją chłop ze wsi – to właśnie kara za romans z Niemcem. Joachim, esesman odpowiedzialny za masakry Żydów, jest tu paradoksalnie jedynym mężczyzną, który jej nie krzywdzi. Karpowicz pyta zatem o to, jakie wartości znosi wojna, a jakie w jej czasie pozostają trwałe, jak przebiega granica nienawiści etnicznej i co ją konstruuje. Nade wszystko zaś pokazuje nam zupełnie inny świat – gdy męska perspektywa ustępuje kobiecej, zmienia się cały system wartości, a niektóre kategorie, oczywiste dla postaci męskich, z kobiecego punktu widzenia zupełnie nie mają wartości. Inne zaś – jak wartość życia samego w sobie, własne dziecko i konieczność ratowania go za wszelką cenę – ujawniają się dużo mocniej. 

Arcydzieła, jak widać w czasie lektury, nie bronią w sposób kategoryczny żadnej wartości. Sądzę, że można ten wniosek zaostrzyć: jednym z kryterium wybitności dzieła literackiego jest właśnie mechanizm zaprzeczania, swoista wewnętrzna dekonstrukcja.

 

W pewnym sensie subwersywny jest także eseistyczno-reporterski styl Ziemowita Szczerka, jednego z najgłośniejszych pisarzy młodego pokolenia. Ostrze narracji Szczerka zwraca się przeciwko mitom kresowym i polskiej nostalgii, która każe chociażby mówić wciąż o Lwowie „nasz Lwów”. Dwie jego książki, Przyjdzie Mordor i nas zje oraz wydany w ubiegłym roku Tatuaż z tryzubem, pokazują relacje polsko-ukraińskie w zu-
pełnie innej, nienostalgicznej konwencji. Sama zaś nostalgia, tęsknota do Polski od morza do morza oraz poczucie wyższości wobec Ukraińców stają się obiektem kpiny w pierwszym z tych tytułów. Szczerek potwierdza bowiem jedną ważną prawdę – każda wartość ustalana jest wszak przez kontekst i to, co w XIX-wiecznych powieściach Kraszewskiego i Rodziewiczówny, w XX-wiecznych tekstach Odojewskiego, Stempowskiego i Vincenza okazuje się ożywcze, budujące, a także opozycyjne wobec krótkiej pamięci lansowanej przez propagandę komunistyczną, w XXI wieku staje się karykaturą. Tęsknota do szlacheckich Kresów, do dworku polskiego na ukraińskim stepie żywiona przez polskich turystów ma charakter groteskowy, zwłaszcza że podróże na Ukrainę często mają nam rekompensować nie tęsknotę za przeszłością, a niskie poczucie wartości wobec Europy Zachodniej. Szczerek mówi, że traktujemy Ukrainę jak państwo gorszej kategorii, niższej rangi, że na Ukrainie to my stajemy się Zachodem, leczymy swoje kompleksy. Przyjdzie Mordor i nas zje pokazuje, że wartości z czasem degenerują się, jeśli stale nie pracuje się nad ich defini...

Pozostałe 70% treści dostępne jest tylko dla Prenumeratorów

Co zyskasz, kupując prenumeratę?
  • 6 wydań magazynu "Polonistyka"
  • Dostęp do wszystkich archiwalnych artykułów w wersji online
  • Możliwość pobrania materiałów dodatkowych
  • ...i wiele więcej!
Sprawdź

Przypisy