Dołącz do czytelników
Brak wyników

Polski w praktyce

5 grudnia 2017

NR 9 (Listopad 2015)

Z zawodu jestem nauczycielką
Moje osobiste „Stowarzyszenie całkiem żywych poetów”

0 73

Jeśli  czuję, że powinnam wejść na stół (a noszę obcasy), wejdę! Pokażę, ile stąd widzę! Kiedy  trzeba, schowam się pod stół i tam będę mówić o ograniczeniach. Nie ma tematów tabu!

Od tego się zaczęło

Zawsze chciałam być nauczycielką. Kiedy studiowałam w latach 80. na UAM w Poznaniu (wydział: filologiczny, kierunek: filologia polska, specjalność: nauczycielska), w mojej grupie studenckiej – z całym szacunkiem dla wszystkich kolegów i koleżanek – byli przyszli poeci, pisarze, dziennikarze, reżyserzy... belfra jak na lekarstwo. W obliczu tak prestiżowych planów przyszłych magistrów filologii polskiej mój skromny 
– „nauczycielka języka polskiego” – wydawał się banalny i pozbawiony totalnie odwagi i fantazji.

Nigdy nie ukrywałam moich planów, dlatego przedmioty – dla mnie zawodowe – na uczelni traktowałam z należytą powagą. Lubiłam metodykę języka polskiego, podstawy psychologii, pedagogiki.

Po skończeniu studiów nie aspirowałam do bycia nauczycielem w liceum (jawiące się nauczycielom języka polskiego jako jedyne nobilitujące miejsce pracy). Mój głos wewnętrzny podpowiadał mi, że dobrze zacząć „u źródła”, czyli – w „podstawówce”.

Siłaczka w akcji – epizod I – podstawówka

Siedem lat, które przepracowałam w szkolnictwie podstawowym, miało ogromne znaczenie dla mojego rozwoju nie tylko zawodowego, ale przede wszystkim osobistego. Czego w tej szkole podstawowej dowiedziałam się o sobie? O innych?

Po pierwsze – nauczyłam się wsłuchiwać w to, co mówili moi uczniowie. Świat 11-latka był tajemnicą, którą warto było odkryć. W 30-osobowej klasie miałam cały przekrój osobowości… od zainteresowanych do imentu przedmiotem, przez bardzo pracowitych, do totalnie negujących szkołę. A naukę traktujących jak prawdziwy dopust… niekoniecznie Boży. Nic wyjątkowego, ale ten mikroświat sprawił, że uruchomiłam w sobie niespotykane dotąd pokłady empatii i zrozumienia.

Co było ważne dla mnie jako początkującego nauczyciela? 
Z całą odpowiedzialnością, bo wiele lat minęło, byłam przygotowana do lekcji! Brak konspektu zajęć uważałam za przejaw skrajniej nieodpowiedzialności.

Określałam temat, użyte narzędzia, cel dydaktyczny, wychowawczy, zdobyte umiejętności i literaturę. Miałam opiekuna, który sprawdzał rzetelność dokumentu. Ale to, kim byłam na lekcji, jak prezentowałam zagadnienia, w jaki sposób mówiłam i na jakim feedbacku mi zależało, to była już od początku do końca moja sprawa. Wizyta metodyka, hospitacje dwa, trzy razy do roku, dokonywały rzetelniej ewaluacji podjętego przeze mnie procesu dydaktycznego. Szanowałam osoby oceniające moją pracę, ale byłam też niepokorna, uważałam, że jeśli mam efekty i widzę rozwój uczniów, to nikt i nic nie skłoni mnie do zmiany (jak na przykład z twierdzeniem, że za mało przeprowadzam lekcji gramatycznych, nie zgadzałam się nigdy. Wspomnianej gramatyki uczyłam na podstawie tekstów literackich… i byłam zadowolona z takiej metody). 

Na zajęcia przynosiłam króliki, kotki, rybki, kanarki, nagrane odgłosy burzy…

Do dziś pamiętam zachwyt w oczach moich uczniów, kiedy opisywali od ogółu do szczegółu to, co wiedzą i czego dotykają. 
Z jakim namaszczeniem uzupełniali tabelki, jak szukali słów, jak zapamiętale rysowali.

Moją ulubioną uczennicą była introwertyczna Basia. Siedziała zawsze w pierwszej ławce i patrzyła. Pewnego dnia zauważyłam, że z żelazną konsekwencją ubiera się w białą bluzkę i granatową spódniczkę. Tak jakoś… odświętnie, szkolnie… Jej bluzeczka – płótno malarskie – w kredkach, długopisach, pisakach, kleju, herbacie i tłuszczyku od bułki. Bluzka zapisywała czas jak najcierpliwszy pamiętnik. Czasami w poniedziałek pojawiała się w tej szarawej bieli z nieudolnie usuniętymi śladami przeszłości. Zapytałam: „Kochanie, widzę Cię zawsze w białej bluzeczce. Czy to jakaś szczególna okazja?”. Patrzy na mnie, marszczy te piegi… i mówi: „Bo ja Panią lubię…”. Oj! No to mam skromną Basię w białej bluzce, ponieważ lubi swoją Panią od polskiego. Tego nie przewidziałam. Chociaż? Zauważyłam (pewnie pod wpływem wyznania Baśki), że moje uczennice (te z długimi i krótszymi włosami) robią sobie dziwne upięcia na głowie, równie niedbałe jak moje (czytaj każdy włos w inną stronę). No cóż. Miałam swój styl. A one mnie naśladowały. Czyli nie byłam tylko nauczycielką. Byłam kobietą, która je inspirowała. I dobrze!

 

„Na zajęcia przynosiłam króliki, kotki, rybki, kanarki, nagrane odgłosy burzy…”

 

Zainspirowana tym odkryciem poprosiłam moich uczniów, aby namalowali, wykleili, wyskrobali, wycięli, wyszyli, wydziergali – każdy… swoje marzenia. A przecież to nie były zajęcia plastyczne! 

Z fuzji marzeń powstały ilustracje do książki, którą wspólnie redagowaliśmy. Połączyliśmy posiadanie małej małpki w stroju marynarskim z nieodpartą chęcią projektowania butów na wysokim obcasie. A na dodatek fabuła wymagała uwzględnienia surowego ciasta na babkę marmurkową (bo wśród marzycieli znalazł się entuzjasta wersji „babki nieupieczonej”)…, by spokojnie dopłynąć do portu „właściciel lodziarni” statkiem o jakże oryginalnej nazwie „Wilk morski”.

Ta eksplozja kreatywności! Ta niewiarygodna i niczym nieskrępowana energia! Młodzieńczy temperament! Jakie to piękne! 

A kiedy przyszło...

Pozostałe 70% treści dostępne jest tylko dla Prenumeratorów

Co zyskasz, kupując prenumeratę?
  • 6 wydań magazynu "Polonistyka"
  • Dostęp do wszystkich archiwalnych artykułów w wersji online
  • Możliwość pobrania materiałów dodatkowych
  • ...i wiele więcej!
Sprawdź

Przypisy