Dołącz do czytelników
Brak wyników

Horyzonty polonistyki

11 grudnia 2017

NR 13 (Lipiec 2016)

Przynajmniej kilka stron dziennie

0 247

Z Sylwią Chutnik, pisarką, laureatką „Paszportu Polityki”, o czytaniu i reinterpretowaniu klasyki, sytuacji na rynku książki oraz o tym, czy czytanie może być przyjemnością – rozmawia Marcin Wilk.

Myślisz, że czytanie ma jeszcze sens?

Oczywiście. I zaraz to udowodnię.

Zamieniam się w słuch.

Czytanie to jedna z tych nielicznych czynności, które sprawiają, że człowiek skupiony jest na tekście, a nie „przeskakuje” po linkach, klikając bez ładu i składu – od słodkiego kociego kłębuszka po obrazki pokazujące zamachy w Syrii. 
A skupienie w obecnych czasach powinno być jednym z priorytetów. Na pewno cierpimy na jego deficyt, co obserwuję również u siebie. Wielość prac, które podejmujemy, projektoza, rozproszenie, przebodźcowanie – to wszystko sprawia, że siłą rzeczy stajemy się nerwowi, pobudzeni, trudniej nam potem zasnąć, bo jesteśmy non-stop nakręcani. Książka tymczasem sprawia, że jesteśmy zacumowani do jednej narracji, przynajmniej przez jakiś czas. Poza tym obcowanie z literami – niech to nawet będzie komiks, który przecież też podsuwa 
pewną zamkniętą narrację – zawsze niejako nas uspokaja. 

Dość psychologiczne argumenty.

Są też argumenty klasyczne. Mówią one, że bez czytania jesteśmy wtórnymi analfabetami, można nami łatwo sterować, nie rozpoznajemy odniesień do tradycji kultury, nie mamy wyobraźni i nie dysponujemy pewnego rodzaju wrażliwością.

Co takiego jest w klasyce, że przeżywa nas wszystkich?

Piękne historie opowiadane z punktu A do punktu B. Klasyka to narracje, które prowadzą nas przez losy bohatera czy bohaterki i sprawiają, że nasza wyobraźnia zaczyna pracować, bo działa ciąg przyczynowo-skutkowy. Współczesna kultura i jej wytwory to jednak totalna dezorganizacja tekstu kultury: wielowątkowość, wielogłosowość, alinearność. Klasyka pod tym względem jest zupełnie inna.

Z drugiej strony do klasyki się sięga po to, by często odczytać ją na nowo, współcześnie właśnie. 

Ostatnio zostałam zaproszona przez Michała Zadarę i Nowy Teatr do wydarzenia, podczas którego różne osoby czytają fragmenty Biblii. Chodziło o to, by potraktować tę Księgę jako książkę właśnie. Osoby bez wykształcenia teologicznego rozmawiały o tym, jak rozumieją ten tekst. I co się okazało? Sięgnęłam po Biblię, czyli książkę książek, i czytałam ją w łóżku. Przeglądałam ją dosłownie tak, jak przegląda się kolorowy magazyn.

W tym roku wszystkich interesuje na przykład, czy da się to zrobić z książkami Henryka Sienkiewicza?

Ale czy Sienkiewicz jest zawsze na tyle atrakcyjny? Gdy o to pytasz, przypominam sobie mojego syna, który w wieku 11 lat poznawał W pustyni i w puszczy. Stwierdził wtedy, że to bardzo rasistowska książka i on się dziwi, że ją trzeba czytać w szkole. 
A, podkreślę, nie miał wtedy pojęcia o czymś takim jak poprawność polityczna. 

Różnie więc z tym wracaniem do klasyki bywa… 

Przypominam sobie – na przykład – Akademię Pana Kleksa, bo kiedy po latach sięgnęłam po tę książkę, nagle zobaczyłam pedofilski wątek. Nie mówię już oczywiście o filmie, gdzie banda chłopców kąpie się nago. Pewne rzeczy współcześnie już nie przejdą. I zresztą bardzo dobrze.

 

Bez czytania jesteśmy wtórnymi analfabetami, można nami łatwo sterować, nie rozpoznajemy odniesień do tradycji kultury, nie mamy wyobraźni i nie dysponujemy pewnego rodzaju wrażliwością.

 

W zasadzie powinienem zacząć od pytania, czy my w ogóle mamy prawo czytać klasykę na sposób współczesny?

Oczywiście! Reinterpretują najczęściej dramaturdzy. To oni na nowo czytają teksty klasyczne. Weźmy przykładowo Moralność pani Dulskiej w reżyserii Agnieszki Glińskiej. Ten spektakl nie był uwspółcześniony, kładł za to akcenty na zupełnie nowe rzeczy. Dulska, która zapisała się w naszej pamięci jako symbol mieszczaństwa, zaduchu, saloników i nieszczerości, w przedstawieniu Glińskiej nagle okazała się ofiarą. Cała rodzina Dulskiej jest safandułowata, więc Dulska nie miała innej możliwości jak tylko wziąć sprawy w swoje ręce, bo wszystko w innym wypadku by się rozpadło. Nagle okazało się, że Dulska była bardzo silną kobietą, której zależało na swojej rodzinie i być może jej jedynej zależało na czymkolwiek więcej poza samym sobą.

Ciekawa reinterpretacja!

Sama zastanawiałam się też nad Lalką Prusa, którą przedstawia się współcześnie jako przykład arcypowieści. Pada wówczas pytanie: gdzie jest współczesna Lalka? To byłoby bardzo ciekawe. Czy Wokulski jako młody wilczek, kapitalista, miałby coś do powiedzenia w tym świecie? No i co za interes by prowadził? Miałby spółkę międzynarodową, w której zarządzałby biznesem z Bliskim Wschodem? Kim byłaby Izabela? Czy postacią, która zajmuje się działalnością charytatywną? 
A może robiłaby też doktorat jak wiele współczesnych kobiet? Być może postrzegalibyśmy bohaterów w zupełnie innych kategoriach. Oczywiście pewne zachowania są uniwersalne, ale też wiele się zmieniło w relacjach damsko-męskich na poziomie kulturowym. W tym wypadku uwspółcześnianie to zawsze coś więcej niż zmiana scenografii. Takie przepisanie mogłoby być bardzo ciekawym zabiegiem. 

Z drugiej strony, mamy w kanonie teksty zapomniane albo ignorowane. 

Gdybym miała na takie utwory wskazywać, to przypomniałabym o Racheli Auerbach, pisarce, która tworzyła w jidysz. Jej pamiętniki z getta, z powstania warszawskiego wreszcie się ukazały. 
To było brakujące ogniwo w opowieści o Szoah. Co prawda trochę późno i trochę w wersji dla zainteresowanych, ale się pojawiło. I to jest ważne, bo często o kobiecych głosach zapominamy, skupiając się tylko na mężczyznach. Przykładem jest znajomość w całości dzieł Korczaka i twórczość Stefani Wilczyńskiej, która z nim współpracowała, a której w ogóle nie czytaliśmy.

 

Współcześnie częściej cytujemy to, co jest w necie. Obecnie kody kulturowe budujemy śmiesznymi filmikami albo memami. To jest straszne, ale tak jest. 

 

Gdybym miała wspominać o tekstach pisanych przez kobiety, podsunęłabym jeszcze książkę Hanki Ordonówny, świetnie napisaną opowieść z czasów drugiej wojny światowej. Mam wrażenie, że jej książkę traktujemy bardziej jako ciekawostkę, bo „aktoreczka przecież pisać nie potrafi”. Tymczasem należy docenić niesamowitą historię, bardzo dobrze poprowadzoną, w gruncie rzeczy – wstrząsający reportaż literacki, czyli coś, co jest teraz bardzo modne. 

Co do kanonu – myślę jeszcze o literaturze młodzieżowej. Tutaj też jest wiele książek, powieści dla młodzieży czy dziewcząt, które są zapomniane, a które współcześnie brzmią ciekawie. Niestety pamiętamy jedynie Siesicką i Musierowicz. 

I to one wciąż są na listach bestsellerów. Swoją drogą: czy pisanie się opłaca?

W sensie ekonomicznym? No, nie wiem. Ale na pewno niepowodzenia ekonomiczne nie zniechęcają ludzi. Dowodzi tego niesamowity trend selfpublishingu. Wydanie książki nadal jest fetyszem, a dzięki internetowi okazuje się to o wiele łatwiejsze niż kiedykolwiek. 

Ostatnio rozmawiałam z koleżanką, która przysłała mi fragment swojej powieści z pytaniem, co dalej, czy powinna ją rozwijać, do którego wydawcy się zgłosić. Spotkałam ją po roku i zapytałam: co z jej książką? Ona odpowiada mi, że już ją opublikowała. Okazało się, że puściła tekst w internecie i... pisze kolejną książkę. Najważniejsze było dla niej, żeby ktoś ją przeczytał. Puścić i pisać dalej. 

Ilość osób, które wysyła swoje prace na konkursy, też dowodzi, jak bardzo ludzie chcą pisać. Ekonomia jest drugorzędna. 
W konkursach często nie ma nawet nagród rzeczowych, więc na pewno nie jest to pisanie dla zarobku.

Z drugiej strony, rozmaite projekty i stypendia dają możliwość napisania książki. Warszawę kobiet stworzyłam dzięki temu, że dostałam stypendium Ministerstwa Kultury i od Miasta. Wydawała to biblioteka „Polityki”, ale sama musiałam zapłacić za druk i rozmaite materiały. Zrobiłam więc produkt „Polityce” dzięki temu, że miałam stypendium. To w pewnym sensie też był selfpublishing. 

No i trzecia rzecz związana z ekonomią, a właściwie z pisaniem niż czytaniem: czyli cała historia, którą poruszyła Kaja Malanowska, kiedyś puszczając w internecie informację o tym, jak mizerne pieniądze zarobiła po publikacji swojej książki. Prawda bowiem jest taka: jeżeli chcesz publikować, nie ma problemu. Możesz coś napisać, zamieścić to na blogu lub puścić w obieg w pliku .pdf. I już. Jeżeli jednak chcesz na tym zarabiać, wtedy zaczynają się schody. Umowy wydawnicze – nie wszystkie, ale duża ich część – nie są korzystne dla twórcy czy dla pisarza. Pisarze literatury środka i tej zupełnie rozrywkowej jakoś sobie, oczywiście, w tym względzie radzą, natomiast autorzy książek dotyk...

Pozostałe 70% treści dostępne jest tylko dla Prenumeratorów

Co zyskasz, kupując prenumeratę?
  • 6 wydań magazynu "Polonistyka"
  • Dostęp do wszystkich archiwalnych artykułów w wersji online
  • Możliwość pobrania materiałów dodatkowych
  • ...i wiele więcej!
Sprawdź

Przypisy