Dołącz do czytelników
Brak wyników

Horyzonty polonistyki

7 grudnia 2017

NR 11 (Marzec 2016)

Internet rozmontował kulturę

0 279

O tym, dlaczego internetu należy się bać, jak za jego sprawą zmienia się status artysty i gdzie szukać światełka nadziei – z Wojciechem Orlińskim rozmawia Marcin Wilk

Wojciech Orliński

dziennikarz, pisarz, publicysta. Absolwent chemii na Uniwersytecie Warszawskim. Od lat związany z „Gazetą Wyborczą”, gdzie zajmuje się popkulturą. Autor książek m.in.: Co to są sepulki? Wszystko o Lemie (2007), Ameryka nie istnieje (2010), Sztokholm Stiega Larssona (2013), Internet. Czas się bać (2013), Polska nie istnieje (2015).

 

Internet. Czas się bać kreśli dość ponury obraz tego, co robi z nami sieć. Co było impulsem do napisania tej książki? 

Chęć polemiki. W okolicach roku 2013 pojawiało się mnóstwo artykułów z hurraoptymistycznym przekazem. Ich autorzy starali się wmówić, że z internetu przychodzą same cudowne rzeczy. Pojawiały się nawet entuzjastyczne kampanie. Tuż przed tym, gdy zabierałem się za pisanie tej książki, odbył się w Warszawie Kongres Wolności w Internecie [w lutym 2013 roku]. Powtarzano wtedy, że z Internetu nie płynie zagrożenie, tylko „niespotykana dotąd szansa”. 

Przed wydaniem mojej książki mało kto mówił o tym, że Internet jednak niesie zagrożenie. Gdy pojawił się już ktoś taki, szybko był zakrzykiwany przez optymistów. Padały argumenty typu: „Nie rozumiesz tego”, „Jesteś przestarzały”. Zadaniem krytyków było więc zamknąć się, uciszyć, pozwolić całej reszcie ucyfryzować się i przenieść w wirtualny świat. Mnie ten entuzjazm przypominał to, co działo się przy okazji rozkułaczania wsi. „Nie bójcie się PGR-ów, nauczyciele”. Bardzo mnie to denerwowało. 

To się potem zmieniło. Internet. Czas się bać był pierwszym pesymistycznym głosem. Wielu z optymistów zaczęło zauważać, że rzeczywiście nie jest wcale tak dobrze. I choć nadal czasem uderzają mnie teksty w rodzaju „Sieć jest twoja – wykorzystaj ją!”, to nastąpiła zmiana w tonie wypowiedzi i coraz więcej osób zdaje sobie sprawę z tego, że zagrożenie istnieje. Oczywiście przesadą byłoby powiedzenie, że to jest moja zasługa, pewnie w większym stopniu przyczynił się do tego Edward Snowden.

Od kiedy powinniśmy zacząć się bać?

Ten moment nastąpił około roku 2010–2011. Jeszcze dziesięć lat temu sytuacja wyglądała inaczej. Można było wtedy mówić, że są różne wyszukiwarki, istnieją rozmaite serwisy wideo, funkcjonuje wiele serwisów społecznościowych. W pewnym momencie nastąpiła monopolizacja. Wiadomo wtedy było, że do oglądania filmów jest YouTube, do robienia zakupów – Amazon itd. Nastąpiła ogromna specjalizacja. Przepadły równocześnie wszystkie MySpace’y, naszeklasy czy inne zapomniane już obecne serwisy. „Monopole?!” – mówili cyberentuzjaści. 
„I co z tego, że monopole. Klienci tak wybrali i już”. 

Jak do tego wszystkiego doszło?

Za sprawą strasznego zbiegu okoliczności. W latach 90., gdy pisano ramy prawne dla komercyjnego Internetu, intelektualiści byli potwornie zaczadzeni neoliberalną ideologią, czyli ślepym przekonaniem, że rynek wszystko wyreguluje. Po raz pierwszy w historii ludzkości pojawiła się nowa forma dystrybucji, której nie wyregulowało w żaden sposób państwo. Tego nie było nigdy wcześniej. Padały argumenty: „Na pewno narzekali na radio, jak się pojawiło”, „Na pewno narzekali na telewizję, gdy zaczęto ją nadawać”, „Na pewno narzekali na druk, gdy go odkryto”. Ale to z gruntu fałszywe przekonania. 

Otóż za każdym razem, gdy się te wszystkie wynalazki pojawiały, towarzyszyły im drobiazgowe regulacje prawne – czasami nawet aż zbyt przesadne. Nikt nigdy nie puszczał niczego na żywioł. Zawsze było tak, że jacyś ludzie się spotykali i podejmowali decyzje – mądrzejsze albo głupsze, ale podejmowali. Zastanawiano się poważnie, co zrobić, by publiczność coś z tego miała. Tym razem w latach 90. XX wieku po raz pierwszy zrobiono to tak, że jedynymi beneficjentami byli właściciele serwisów, czyli cyberkorporacje. No ale tak działał wolny rynek. 

Zostawmy na chwilę rynek i porozmawiajmy o tym, czy Internet zmienia kulturę?

Jednym z flagowych przykładów, na które się często powołuję, jest historia powstawania najpiękniejszej płyty rockowej wszechczasów. Mówię o The Dark Side of the Moon Pink Floyd. 
Ta płyta przy obowiązujących dzisiaj zasadach produkcji w ogóle nie mogłaby powstać. Problem z The Dark Side of the Moon polegał na tym, że zespół przeżywał wtedy kryzys twórczy. Owszem, nagrali ileś taśm, ale wszystkie były podpisane nothing. Część z tych sesji, które wtedy zarejestrowali, znalazła się potem na innych płytach. Te dziesiątki eksperymentów, którym wtedy zespół się poddawał, były możliwe tylko dlatego, że istniała wytwórnia EMI, która zatrudniała etatowego producenta Alana Parsonsa. To on zachęcał grupę do rozmaitych działań. Na płycie znalazł się na przykład utwór „The Great Gig in the Sky”, który pojawia się w pierwotnej wersji kompozycji jako solo na organach. Alan Parsons wymyślił, żeby znalazła się tam kobieca wokaliza. Zatrudniono więc do tego Clare Torry. Powstało mnóstwo nagrań, bo wokalistka też na początku nie wiedziała, o co tam dokładnie chodzi. 

Wszystko, co zrobiono podczas nagrywania The Dark Side of the Moon nie jest dzisiaj realne, ponieważ nie istnieją już wytwórnie tego typu, nie istnieje taki rodzaj producenta, który siedzi na etacie i jest mu absolutnie obojętne, czy płytę zrobi w miesiąc czy rok. Wtedy było to możliwe, bo istniała nadwyżka surowcowa wynikająca z samej sprzedaży. Były środki finansowe i wszyscy mogli tak długo dopieszczać projekt. Teraz, jak wiadomo, sprzedaż płyt zamiera. 

Internet tego nie rekompensuje?

Internetowe alternatywy to są jakieś fistaszki. Muzycy, którzy wypromują w sieci nawet megahit, słuchany przez miliony, dostają za to jakieś 15 centów. Okazuje się, że nie da się już zarobić na tym pieniędzy. Można oczywiście jeszcze próbować zarabiać na koncertach i na nich świetnie zarobi – na przykład – Kombi, ale już nie będzie to Pink Floyd. Młodzi, którzy zaczynają teraz karierę, nie mogą liczyć na to, że uda im się wyprodukować tak dopracowany album. Prawdopodobnie do ostatnich muzyków, którzy się na coś takiego „załapali”, należał zespół Radiohead. 

Dostajemy gorszą popkulturę?

W pewnym sensie tak. Na pewno bardziej procentuje, gdy ktoś jest kabareciarzem, bo przeplata swój koncert stand-upowymi występami, niż wyprodukowanie czegoś, co jest genialne, przetrwa próbę czasu i po 40 latach wielu będzie mogło powiedzieć, że to wciąż jest świetna płyta. 

Wielu, myśląc o Internecie, obawia się o klasykę. Słusznie?

Klasyka jako taka sobie poradzi. Przecież ktoś kiedyś już opłacił tego czy innego pisarza i jego twórczość. Bardziej martwiłbym się tym, że przyspieszenie Internetu spowoduje, że nie będą powstawać tego typu utwory. Nie istnieją już takie modele pracy twórczej, gdy ktoś siada i tworzy – na przykład – tak czasochłonne dzieło jak Czarodziejska góra. 

W XIX wieku odkryto, że na książkach można zarabiać. Pojawiły się wtedy różne inicjatywy ze strony pisarzy, żeby i oni coś z tego mieli. Jednym z pionierów tego ruchu był Victor Hugo. Zdawał sobie sprawę, że już samo pojawienie się jego nazwiska na okładce dramatycznie zwiększa sprzedaż. Słusznie uznawał, że także on – nie tylko wydawnictwo – powinien zarabiać na sprzedanym dziele. W rezultacie przyjęto konwencję berneńską o ochronie dzieł literackich i artystycznych. Zawarto ją w 1886 roku. Ustalała zasady, według których respektowano prawo autorskie. 

Internetowi udało się to wszystko rozmontować. Obecnie nie ma mechanizmów, które zastąpiłyby zniesione prawa. 

Internet zmienił też rolę wydawców. Zachowała się dość zabawna korespondencja Dostojewskiego opowiadająca o jego zaliczkach. Okazuje się, że pisarz brał tych zaliczek więcej, niż był w stanie fizy...

Pozostałe 70% treści dostępne jest tylko dla Prenumeratorów

Co zyskasz, kupując prenumeratę?
  • 6 wydań magazynu "Polonistyka"
  • Dostęp do wszystkich archiwalnych artykułów w wersji online
  • Możliwość pobrania materiałów dodatkowych
  • ...i wiele więcej!
Sprawdź

Przypisy