Dołącz do czytelników
Brak wyników

Zawód – królowa

Artykuły z czasopisma | 28 listopada 2017 | NR 5
36

Eichlerówna, Andrycz, Barszczewska – nikt lepiej niż one nie oddał jednocześnie splendoru i nieszczęścia, jakie niosą tron i władza. Wybitne tragiczki sceny przypominamy w Roku Polskiego Teatru Publicznego.

Aktor sceniczny żyje tak długo, jak publiczność, która go pamięta. Taką pamięć rzadko mierzy się w dziesięcioleciach. Nawet po największych pozostaje już nie pamięć, ale legenda i miejsce na kartach opracowań historycznych. A przecież tak wielu aktorów umiera już za życia. Postać, z którą widz utożsamia aktora, jego emploi, maniera wykonawcza, twarz, gestykulacja – bardzo szybko zaczynają należeć do sezonów, które minęły. Jeżeli aktor prezentuje sztukę wyrazu, którą widownia pamięta sprzed roku, dwóch, trzech, szybko nabiera ona przekonania, że obcuje ze zjawiskiem anachronicznym, zleżałym, przeterminowanym. Że jego ulubiony do niedawna aktor się zgrał, wyczerpał, wypalił. Wówczas widownia bywa dla niedawnego idola bezlitosna. 

A przecież bywają takie postacie, których czas się nie ima mimo upływu dziesięcioleci. W ich grze był bowiem ten rodzaj sugestii, ta odmiana kreacji, która nie podlega upływowi czasu. Niestety, tę legendę znamy raczej z zachwytów pisanych – ze wspomnień, recenzji, pamiętników – niż z zapisów na celuloidzie lub na taśmie telerekordingu. Jak po słynnych XIX-wiecznych skrzypkach czy pianistach, po których zostało kilka skrzypiących płyt, tak aktorzy pozostawili często po sobie zaledwie cienie sylwetek na zdartych klatkach filmowych. 

Warto więc przybliżyć nieco z tego, co z minionej, a wybitnej sztuki aktorskiej pozostało. Zwłaszcza w Roku Polskiego Teatru Publicznego ustanowionego przez Sejm w związku z 250. rocznicą powstania Teatru Narodowego w Warszawie (1765). Przypominamy więc trzy królowe polskiej sceny, królowe w sensie metaforycznym i repertuarowym. Nikt tak wyraziście jak one nie unaocznił w naszym teatrze dramatu władzy. 

Zatem – panie przodem!

Królowa przy zlewozmywaku

Irena Eichlerówna (1908–1990) pozostanie w annałach polskiej sceny jako ucieleśnienie aktorstwa w jego odmianie pomnikowej, koturnowej, władczej. Talent predestynował ją do odtwarzania kobiet posągowych. Nawet, gdy tuż po ukończeniu warszawskiej szkoły aktorskiej (w 1929 r.) grywała w wileńskim Teatrze na Pohulance role wodewilowe i farsowe, umiała z każdej z tych trzpiotek i kokietek wydobyć rys tragiczny. A już zwłaszcza, gdy w kilka lat później we Lwowie grała w modnym wówczas „faktomontażu prawdziwym” napisaną „pod nią” rolę Anny Marii Lesser, niemieckiej agentki z czasów pierwszej wojny światowej. Kobieta, która zza kulis przesuwała linie frontów, po wojnie staje się zapomnianym ludzkim ochłapem, do którego nie chce się przyznać żadna armia, żaden wywiad. Do tej postaci nawiązywali po wojnie dyrektorzy, którzy podsuwali Eichlerównie role władczyń z zastrzeżeniem, by grała je zarówno w fazie tryumfu, jak i na etapie poniżenia. Fedra, Maria Stuart, Maria Tudor, Agrypina, Klitajmestra – od wzlotu po upadek i klęskę. Z tym, że Eichlerówna wyposażyła swoje „królowe” daleko powyżej wyśrubowanych reżyserskich wymagań. Jej kobiety są migotliwe, niepochwytne, można się w nich przeglądać od nowa co sezon, co przełom, co etap – bez znudzenia, bez powielania wrażeń. 

 

A przecież bywają takie postacie, których czas się nie ima mimo upływu dziesięcioleci. W ich grze był bowiem ten rodzaj sugestii, ta odmiana kreacji, która nie podlega upływowi czasu.

 

Kiedy grała w 1949 r. w Poznaniu Fedrę, kobietę gorzko zawiedzioną w miłości i pożądaniu, publiczność widziała 
w niej figurę ówczesnej Polski. Kraju złamanego przegraną w gruncie rzeczy wojną, skazanego na izolację, duszącego się w gorsecie absurdalnych „planów gospodarczych”, ogłuszanego propagandą, rządzonego przez marionetkowych polityków. Ale, co ciekawe, kiedy Eichlerówna powtórzyła swoją Fedrę w 1957 r., widziano w niej kobietę złamaną, jednak z całkiem innego powodu. Teraz była istotą pokonaną przez absurd życia, jak go odmieniali przez przypadki Sartre i Camus, w których zaczytywała się Europa. A na fali październikowej odwilży także Polska. Równie migotliwa stała się jej Maria Stuart (z dramatu Friedricha Schillera) prezentowana w Teatrze Narodowym od lata 1955 r. Widzowie spodziewali się zwyczajowej damy, pogrążonej, upokorzonej przez władzę królewską (czytaj: system), a tu dziesięć centyme...

Pozostałe 70% treści dostępne jest tylko dla Prenumeratorów

Co zyskasz, kupując prenumeratę?
  • 6 wydań magazynu "Polonistyka"
  • Dostęp do wszystkich archiwalnych artykułów w wersji online
  • Możliwość pobrania materiałów dodatkowych
  • ...i wiele więcej!
Sprawdź

Przypisy