Dołącz do czytelników
Brak wyników

Polski w praktyce

30 listopada 2017

NR 8 (Wrzesień 2015)

Witajcie w skali mega
Z pamiętnika nauczyciela języka polskiego jako języka obcego w mieście Meksyk

0 229

Końca nie widać, początek też trudno zobaczyć. Zadanie tym trudniejsze, że żyję w mieście, które wydaje się funkcjonować bez oznaczenia kresów. Brak skrajnych parametrów, cecha, która powstała przez nadmiar, to paradoks, którym miasto Meksyk wita nas już w samolocie. Bo gdy nadlatujemy do jakiejkolwiek z europejskich stolic, wtedy zwykle komunikat pilota uprzedza widok pierwszych budynków i po kilku minutach maszyna ląduje.

Zupełnie inaczej wygląda końcówka lotu, gdy zbliżamy się do stolicy Meksyku. Najpierw dostrzec można zabudowania, potem dopiero kapitan informuje o rozpoczęciu ostatniej fazy podróży i… lecimy jeszcze nad miastem dwadzieścia minut. Najpierw pasma górskie otaczające dawną stolicę Azteców powoli zamykają się za pasażerami. Pod nogami domki zdają się falować na wzniesieniach jak miliony przyczajonych do skoku na deski surfferów. Przez małe okienko widać architektoniczny bezkres. Mimo wszystko ta planeta z betonu, asfaltu, szkła i kamienia posiada jednak swoje krańce. Trzeba ich szukać w porządku wertykalnym, na horyzoncie bowiem walka o granice została przegrana. Dłonie, które trzymają w pionowym uścisku miasto Meksyk, mają charakter swoistego memento. To dwa zjawiska naturalne, których nie da się oddzielić od historii miasta. Pierwszym jest płyta tektoniczna, która regularnie jest przyczyną mniejszych lub większych trzęsień ziemi, a w przeszłości powodowała ogromne katastrofy, ostatnią w połowie lat dziewięćdziesiątych. Drugim jest aktywny wulkan Popocatepetl. Ten ostatni przypomina starego, grubego wuja, takiego ogromnego starucha, który w czasie rodzinnych uroczystości nic nie mówi, tylko siedząc w fotelu wypuszcza co pewien czas z fajki groźne pomruki.

Tymczasem zainteresowanie pasażerów wzbudza kilka strzelistych wież znaczących centrum, wśród których wyróżnia się drapacz chmur Torre Latinoamerica, który do lat osiemdziesiątych był najwyższym budynkiem w mieście. Po jedenastu godzinach lotu osiągamy cel. Internacional Aeropuerto Benito Juarez de la Ciudad de Mexico.  

Więcej niż miasto

W tym miejscu zaczyna się spotkanie z jednym z kilku na świecie megalopolis. Ten węzeł przedmieść, dzielnic, peryferii i miasteczek stopiony w twór zamieszkały przez kilkadziesiąt milionów ludzi to szczególne laboratorium przyszłości, w której – według niektórych –  wszystkie aglomeracje miejskie na ziemi zleją się w jedno miasto. Zanim jednak futurologia stanie się oczywistością, jedziemy taksówką w stronę meksykańskiego dnia.   

 

Nikomu nie jest dane przemierzyć więcej niż nieskończenie mały fragment pałacu.
Jorge Louis Borges 

 

Dystrykt Federalny to oficjalna nazwa obszaru zajmowanego przez miasto Meksyk, które dzieli się na dzielnice, a te z kolei na kolonie, choć nazwę tą rozumieć należałoby raczej jako „poddzielnica”. I  zdarza się tak, że mieszkańcy tych jednostek administracyjnych funkcjonują tylko w rodzimych strefach, zaglądając do innych sporadycznie, lub – jeśli nie zachodzi taka potrzeba – wcale. Może to dziwić, szczególnie gdy zderzymy takie praktyki z europejskim podejściem chociażby do centrum miasta. „Dwa, może trzy razy byłam w okolicach Bellas Artes” – opowiada mi dwudziestopięcioletnia Meksykanka. Pałac Sztuk Pięknych znajduje się dziesięć minut od Zocalo, Pałacu Prezydenckiego i Katedry Metropolitalnej. Zdjęcia tych obiektów, oprócz sombrera, to najczęstsze ozdobniki okładek przewodników po Meksyku. Wyznaczają zarazem pole, które w owych bedekerach określa się, używając romansowej stylistyki, jako „serce miasta”. Zatem przekładając opinię młodej kobiety na europejskie realia, rzecz wyglądałaby tak, jak gdyby paryżanin był kilka razy w okolicach wieży Eiffel’a, a warszawiak trzy razy widział Zamek Królewski. Niczego jednak ekscentrycznego w wypowiedzi autochtonki nie ma. To jest powszechna postawa, która wynika z rozmiarów miasta. Wielu ludzi spędza niemal całe życie w jednej dzielnicy, która posiada niezbędną infrastrukturę potrzebną do normalnego funkcjonowania. I wizja przedzierania się przez kilometrowe korki oraz wynikająca stąd strata energii i nerwów odbiera chęć na niepotrzebne przejażdżki. Przy okazji można nadmienić, że powyższe porównanie pomiędzy widzeniem miasta  przez Europejczyka, a Meksykanina trzeba jednak traktować z dużą ostrożnością. Poszukiwanie przez mieszkańca Europy, który przyjeżdża do Deefe, podobieństw z tym, co widzi, do tego, co zna, to daremny i nazbyt buńczuczny trud. Szybko może dojść do przekonania, że ma przed sobą antysłownik ludzkich działań i zachowań. Rozrzucony i nieprzejrzysty alfabet latynoskiego życia, jego wigor i wdzięk piętrzy kolejne tomy etnograficznego dykcjonarza, którego hasła ułożone są w oczach mieszkańca Starego Kontynentu w kolejności niealfabetycznej. Wszyscy miłośnicy Encyklopedii powinni ją zostawić na europejskim lotnisku, w przeciwnym razie rozumienie Meksyku może pozostać na poziomie sławnego „koń jaki jest, każdy widzi”.

I w tymże gigantycznym mieście mieszka i pracuje jeden polski nauczyciel. 

Jestem Meksykaninem, Meksykanką, mówię po polsku

Pod koniec czerwca 2013 r. odebrałem maila z pytaniem, czy jestem zainteresowany pracą nauczyciela polskiego w Meksyku. Kończył się właśnie rok szkolny, a ja mieszkałem w rumuńskiej części Bukowiny, gdzie od września pracowałem jako polonista nieopodal Suczawy. Hipnotyczne widoki, ciekawa praca, fenomenalna kuchnia i przychylni ludzie, wszystko to sprawiło, że Rumunia urosła w moim mniemaniu do jednego z najciekawszych miejsc w Europie. Nie zmieniło to faktu, że poczułem, iż czas na zmiany. Może po godzinie namysłu odpowiedziałem zatem Pani Hannie Kot-Skibie, dyrektorce Szkolnego Punktu Konsultacyjnego przy Ambasadzie RP w Meksyku, że jestem zdecydowany przylecieć. Czy początki były trudne, mogłaby mnie zapytać spragniona ogólnikowego frazesu dziennikarka jakiegoś portalu internetowego? Uchylając się od budowania rzewnej narracji, odpowiedziałbym, że od początku praca przybrała kształt, który przez kolejne dwa lata nie uległ większym zmianom. Dzieli się ona na dwie części. Pierwszą stanowi szkoła polska z uzupełniającym programem dla szkół poza granicami Polski. Materiał ramowy jest zatem oparty na edukacji znanej ze szkół krajowych. Dzieci pochodzą głównie z mieszanych małżeństw polsko-meksykańskich. Wynika z tego pewien problem, albowiem ich znajomość języka polskiego jest bardzo różna. Trudność polega na tym, aby dopasować materiał i środki dydaktyczne tak, aby każdy z uczących się mógł skorzystać na naszych spotkaniach. 

W polskiej szkole

Lekcje mają miejsce raz w tygodniu, w sobotę. Mój zakres obowiązków obejmuje szkołę podstawową, gimnazjum i liceum. Każdemu z tych trzech poziomów poświęca się od dwóch do trzech godzin. Z najmłodszymi rocznikami przerabiam literaturę dziecięcą, którą wykorzystuję jako pretekst do pracy nad prostymi zadaniami gramatycznymi. Jest to istotne właśnie ze względu na owe różnice w znajomości polskiego. Na wyższych etapach nauki wprowadzam elementy his...

Pozostałe 70% treści dostępne jest tylko dla Prenumeratorów

Co zyskasz, kupując prenumeratę?
  • 6 wydań magazynu "Polonistyka"
  • Dostęp do wszystkich archiwalnych artykułów w wersji online
  • Możliwość pobrania materiałów dodatkowych
  • ...i wiele więcej!
Sprawdź

Przypisy