Dołącz do czytelników
Brak wyników

Horyzonty polonistyki

27 listopada 2017

NR 4 (Styczeń 2015)

Obraz miasta w filmie

0 414

Kino jest wynalazkiem miejskim, więc miasto jest jego żywiołem od samych początków. Jakie były najciekawsze pomysły na pokazanie miasta w historii kina; które miasta i dzięki komu doczekały się filmowej mitologii, w którym kierunku ewoluuje Warszawa – opowiada Wiesław Kot.

ZBAWIENIE TUŻ ZA ROGIEM

Filmowy wizerunek miasta wypada zobaczyć w dwóch planach. W planie szerszym możemy w mieście, najczęściej pozbawionym przyporządkowania geograficznego, dojrzeć tzw. wielką metaforę. Wówczas filmowe miasto służy do podsunięcia przesłania autorów dotyczącego np. groźnych procesów społecznych, niebezpiecznych zawirowań psychologicznych czy nawet losów cywilizacji. 

W planie węższym miasto filmowe – ale już realne, wymienione z nazwy, z rozpoznawalnym pejzażem – staje się jednym z głównych faktorów ekranowego świata. Współtworzy go na równi z bohaterami, rezonuje z ich losami, wkomponowuje się w opowieść. I tak, jak nie ma dwóch takich samych bohaterów, identycznych losów, tak nie istnieją tożsame obrazy nawet tego samego miasta, „grającego” w kolejnych filmach. Twórcy za każdym razem modelują je od nowa. 

MAKIETA, KTÓRA PRZESTRZEGA

Przypomnijmy najpierw słynniejsze miasta-metafory wykreowane od podstaw w wyobraźni filmowców. 

W Metropolis (1927) w reż. Fritza Langa miasto przyszłości (główny budynek to Nowa Wieża Babel) jest olśniewającą metropolią, wzniesioną dla kasty wybranych „mózgowców” przez harujących w podziemiach robotników. ­Metropolis to ostrzeżenie, iż drastycznie niesprawiedliwy podział dóbr tego świata prędzej czy później skończy się klęską dla wszystkich. Przesłanie tego najbardziej kosztownego filmu ówczesnej Europy brzmiało: Miedzy rozumem i rękami musi pośredniczyć serce. 

Asfaltowa dżungla (1950) w reż. Johna Huston to klasyczny „heist movie” – film o napadzie. Kręcono go w Los Angeles, ale miasto pozostaje anonimowe. I nie sam skok jest tu ważny, lecz miasto-moloch, które schładza relacje międzyludzkie. Uczestnicy przestępczego procederu są sobie w danej chwili niezbędni, a za moment wręcz zawadzają. Człowiek to trybik, część puzzla, sama w sobie niezbyt istotna. To poczucie co wrażliwszych mieszkańców „dżungli” męczy, nawet zabija. 

Miasto Gotham City, fikcyjne choć nieodparcie przypominające Nowy Jork, znane choćby z Batmana (1989) w reż. Tima Burtona, to współczesna metropolia ze wszystkimi jej przywarami. Władze miejskie są chwiejne, policja skorumpowana, ludność zastraszona, bandyci rozzuchwaleni. Ale zjawia się „wybawca znikąd”, który wymierza sprawiedliwość i przywraca ład. Ileż to metropolii ciągle bezskutecznie czeka na swego Batmana..?

JAK PRZYGODA, TO TYLKO W WARSZAWIE

To miasta-metafory. Z miastami rea­l­­­nymi, znanymi z mapy, rzecz ma się nieco odmiennie. Każdorazowo najbardziej znaczący twórca dzieła (raz reżyser, raz scenarzysta, raz producent) uwypukla osobny, swoisty, niepowtarzalny aspekt wybranego miasta. Niejako „wypożycza” je do ilustrowania własnej historii. Działa także pod ciś­nieniem – a to dyrektywy politycznej, a to „nastrojów społecznych”, a to miejskich mitów, które w jednym sezonie stają się szczególnie sugestywne, by w następnym rozwiać się bez śladu. Rezultaty widoczne są choćby w filmowym obrazie naszej stolicy. 

Warszawa w socrealistycznej Przygodzie na Mariensztacie (1953) w reż. Leonarda Buczkowskiego to miejsce założycielskie Polski Ludowej. Wiejska dziewczyna, Hanka Ruczajówna, wymyka się z nudnej wycieczki, by zachłysnąć się pięknem Placu Konstytucji z jego płaskorzeźbami górników i rolników, arkadami i kandelabrami. Ta fascynacja każe jej porzucić wiejską chatę, byle tylko zostać pomocnikiem murarskim i mieć udział w dziele wielkiej budowy: nowej Warszawy i nowej Polski. 

Warszawa z komedii Nie lubię poniedziałku (1971) w reż. Tadeusza Chmielewskiego ma już dawno za sobą okres mobilizacji. Teraz w mieście, w którym coraz to nowe wysokościowce śmiało pną się ku bezchmurnemu niebu, obywatele pogodnie konsumują relatywny dobrobyt. Aktor-pijaczek, budowlańcy, milicjanci z drogówki, taksówkarze, emerytki, dyrektorzy ze zjednoczenia – wszyscy oni wiodą względnie sytą egzystencję, zajęci codzienną krzątaniną. Stolica uśmierza konflikty, łagodzi kontrasty, usposabia przychylnie do życia. 

Podobny warszawski „personel” (działacze sportowi, kelnerzy, tragarze, filmowcy, węglarze, gońcy, taksówkarze) w Misiu (1980) Stanisława Barei zaludnia już całkiem inne miasto. To rojowisko drobnych kombinatorów, cwaniaczków, krętaczy, których Warszawa nauczyła jednego: należy się przyczaić na poboczu systemu, który wyraźnie gnije, i wyciągnąć z niego dla siebie jak najwięcej, zanim się całkowicie zdegeneruje i zawali. Stąd „bajer”, kłamstwo w żywe oczy, przekręt stają się sposobem na przetrwanie wszystkich i w każdych okolicznościach. Sama Warszawa to zatłoczone nad wszelką miarę mieszkania proletariatu, obszerniejsze garsoniery socjalistycznej „burżuazji”, gdzie Budda sąsiaduje z Kossakiem, kotłownie, które służą za meliny, teatry ze skrajnie idiotycznym repertuarem, kawiarnie, w których podają „zestaw obowiązkowy”. Teoretycznie warszawiaków ten proceder nieustannego oszustwa i ściemy powinien męczyć. Ale nie! Oni się doskonale czują w tym bagienku. Bo innej stolicy nie pamiętają już od lat.

 

Warszawa w serialu fabularnym Dekalog (1988) w reż. Krzysztofa Kieślowskiego pozbawiona jest najmniejszego powabu. To głównie „studnie” kamienic, do których nie dociera blask słoneczny, ponure blokowiska, gdzie trzepaki służą do wykonywania makabrycznych egzekucji na kotach. 

 

A przecież może być jeszcze gorzej. Dziurawe i zabłocone jezdnie, którymi jeżdżą zdezelowane samochody, wydmuchujące obłoki toksycznych spalin. Ludzie tu zdołowani, przygnieceni pospolitą egzystencją, nieżyczliwi bliźnim, często bezinteresownie okrutni. A przecież w tych zagraconych do niemożliwości norach gnieżdżą się osoby o niejasnym statusie (z czego żyją?), które jednak bezbłędnie rozstrzygają najbardziej dwuznaczne dylematy moralne. Tak zwany paradoks Kieślowskiego.

Warszawa do kresu wyczerpania dotarła (jak do tej pory) w Dniu świra (2002) w reż. Marka Koterskiego. To nie jest już miasto, które kieruje się jakimkolwiek spójnym, choćby nawet bardzo przygnębiającym porządkiem. To skupisko egocentryków, obsesjonatów, osób „odklejonych”, z których każda oddaje pielęgnowaniu własnej paranoi z całkowitym lekceważeniem paranoi współmieszkańców. W rezultacie wszyscy nieustannie włażą z buciorami na terytoria prywatne innych współmieszkańców, współpasażerów, współpracowników. Styl życia warszawiaka to niekończąca się wojna podjazdowa wszystkich ze wszystkimi. Z tym, że nikt nie jest w stanie określić jej sensu i celu. Ale też nikt tego od nikogo nie wymaga. 

To umowne wyliczenie uzmysławia, jak kontrastywne mogą się okazać wizje jednego miasta. A przecież ten wizerunek można by z łatwością znacznie bardziej skomplikować, gdyby włączyć doń obrazy stolicy choćby z „Zakazanych piosenek” (1946), Cafe „Pod Minogą” (1959), Zbrodniarza, który ukradł zbrodnię (1969), Warszawy (200...

Pozostałe 70% treści dostępne jest tylko dla Prenumeratorów

Co zyskasz, kupując prenumeratę?
  • 6 wydań magazynu "Polonistyka"
  • Dostęp do wszystkich archiwalnych artykułów w wersji online
  • Możliwość pobrania materiałów dodatkowych
  • ...i wiele więcej!
Sprawdź

Przypisy