Dołącz do czytelników
Brak wyników

Książka na zakręcie

18 grudnia 2017

NR 19 (Lipiec 2017)

Milczenie w literaturze, czyli brak twarzy autora

0 250

Na dzisiejszym rynku wydawniczym nie ma gestu bardziej radykalnego niż milczenie – to samo można by właściwie powiedzieć o social mediach i obecności w nich wszystkich twórców. Najczęściej to specjaliści od promocji opracowują wizerunki pisarzy, czuwają, by poszczególni twórcy realizowali wyznaczone scenariusze i wypowiadali się na właściwe tematy i we właściwy sposób. „Właściwy” nie oznacza wcale „poprawny politycznie”, bo równie często autorzy budują wizerunek niepoprawnych buntowników, gorzkich krytyków, którym wolno rzucać obelgami, pić, obrażać i wypowiadać się wyłącznie skandalicznie. Zawsze jednak obecność autora w mediach jest potrzebna, by wypromować książkę.

Premiera każdego tytułu wiąże się ze wzmożoną obecnością pisarza w przestrzeni publicznej, na portalach i w gazetach. Jego obecność – a nawet nadobecność – wszystkim tym, którzy śledzą życie kultury w świecie medialnym, wyda się kuriozalna: większość mediów (niezależnie, czy to gazeta papierowa, czy też portal albo stacja telewizyjna) chce z autorem porozmawiać, ale wywiady trwają od jednej minuty do pięciu, rozmowa drukowana ma około 2–3 tys. znaków. Jest to zatem wypowiedź naskórkowa, rytuał obchodzenia redakcji upokarza autora, bo sam twórca odpowiada ciągle na te same pytania, musi streszczać po wielokroć swoją książkę, zachęcać, by sięgnął po nią czytelnik, zderzać się z dziennikarzem, któremu nie przychodzi już do głowy, że powinien przeczytać książkę, o której chce rozmawiać. Jednocześnie wydawcy i sami pisarze zabijają się o możliwość wystąpienia w mediach, bo tylko tak można książkę nagłośnić i sprzedać, pokazać czytelnikowi. 

Co zrobić jednak z takimi autorami, którzy zachowują milczenie? Wbrew pozorom nie ma ich zbyt wielu, większość ugina się, gdy oddaje książkę do druku, ma świadomość serwitutów, jakie należy oddać wydawcy, mediom, czytelnikowi. Wydaje mi się, że milczenie jest dzisiaj stopniowalne – można wyróżnić jego stadia i etapy, a podobieństwo do egzotycznej i nieznanej choroby jest w moim porównaniu zamierzone. Autor, który milczy, wydaje się równie obcy naszej kulturze jak pałeczka dżumy. 

 

Autor, który milczy, wydaje się równie obcy naszej kulturze jak pałeczka dżumy.

 

Warto pamiętać, że milczenie pisarza najczęściej wynika z braku głosu, talentu, tematu – weny po prostu. Coraz rzadziej jednak zawodowy autor na takie milczenie może sobie pozwolić, bo święta zasada rynku nakazuje publikować nowy tekst co dwa lata. Ten nakaz pochodzi jednak od wydawców i wskazuje ich interesy, godzi natomiast w dobro twórców. Większość pisarzy ma na koncie przynajmniej jedną książkę nieudaną, wymuszoną, opublikowaną właśnie pod presją wydawnictwa, które chciałoby utrzymać nazwisko na rynku. O przyczynach braku weny trudno mówić, zdecydowanie dla nas też ciekawsze są te sytuacje, gdy twórcy z różnych względów wybierają milczenie przeciwko wielosłowiu otoczenia.

Wysługa lat i emerytura

W mojej specyfikacji dziwnych, zachowujących milczenie twórców miejsce szczególne zajmują ci najrzadziej spotykani, którzy w pewnym momencie przestają pisać – świadomie podejmują tę decyzję, ogłaszają ją publicznie. W Polsce postąpił tak Tadeusz Konwicki, w USA – Philip Roth. Obaj po opublikowaniu kilkudziesięciu książek złamali pióro. Gest ten wydaje się nam o tyle dziwny, że zaprzestanie pisania stoi w kompletnej sprzeczności z wyobrażeniem pisania jako obowiązku wyższego rzędu, przymusu działania, czynności zlecanej przez bogów, los albo choćby jako psychologiczna potrzeba. Bo tu nagle okazuje się, że autor, który przez całe życie ślęczał nad papierem (Roth) lub leżał w nyży (Konwicki), pisząc i skreślając, może nagle zarzucić to zajęcie, przejść na emeryturę. Konwicki mówił o tym, że wraz z upadkiem systemu komunistycznego skończyły się jego tematy, miał świadomość, że cała energia twórcza wynikała u niego z walki, zmagania się z systemem, obchodzenia jego zapisów (pamiętajmy, że to jeden z pierwszych twórców, który świadomie zaczął publikować swoje książki w drugim obiegu). Konwicki odczuwał bardzo silny związek z pokoleniem własnym – doświadczonym przez wojnę i odbudowę, stalinizm i polski komunizm. To ono stanowiło odbiorcę modelowego jego utworów, bohatera tych tekstów, ale też przyjazne środowisko – z nim odczuwał bliską więź, od niego domagał się empatii i zawsze ją otrzymywał. Skłócony był także z pokoleniem młodszym – jak podkreśla Jerzy Jarzębski, w późniejszych powieściach Konwickiego ludzie młodzi pozbawieni zostali cech pozytywnych – przedstawiał ich jako miałkich i nijakich. Jego zerwanie z pisaniem można więc rozumieć jako porzucenie ciążących obowiązków, starcze wycofanie się z zawodowej działalności, ale też jako rodzaj osierocenia: jego czytelnicy wymierali, nie miał dla kogo pisać. Jednocześnie jednak sam Konwicki nie przyznawał się do żadnej z tych motywacji. W filmie dokumentalnym Andrzeja Titkowa wyłożył za to prostą (choć moim zdaniem niewyczerpującą tematu) motywację: całe jego pisarstwo wyrosło z poczucia winy za grzech akcesu do stalinizmu i z konieczności odpokutowania tej decyzji. Po 1989 roku, gdy rozpadł się komunizm, nie było zatem za co już pokutować, wina osobista została zmyta przez wielkie zmiany polityczne. Konwickiemu przez wiele lat przypisywano rolę świadka stalinizmu w Polsce i wydaje się, że rola ta go znużyła, także w znaczeniu psychicznym: przeszłość, o której mówił, coraz bardziej oddalała się od niego, odsuwała w pamięci, była coraz trudniej uchwytna. 

Ciało nakazuje milczenie

Zerwanie z pisaniem wiąże się przecież także ze starością, z osłabieniem ciała. Z tego powodu właśnie przestał pisać Stanisław Lem, który bardzo surowo oceniał swoją kondycję fizyczną i intelektualną, nie miał ochoty na publikowanie tekstów słabszych, opatrywanych przez przychylną krytykę mianem „senilnych”. Z tego samego powodu zamilkł Philip Roth – kolejne przypadłości cielesne odpychały go od biurka. Trzeba pamiętać i o motywie non omnis moriar, o świadomie budowanym dziele własnym, w którym ma przetrwać nazwisko. Roth obawiał się, że powieści pisane w późnym okresie życia, słabsze niż wcześniejsze, zniszczą to, co tworzył wcześniej, że jego istnienie w literaturze będzie gorsze, jeśli nie powstrzyma przyzwyczajenia do pisania. W jego biografii znajdziemy kilka działań zastępczych: pisanie powieści do spółki z małą dziewczynką, z którą codziennie wymieniał się jednym zdaniem – bardziej zabawa niż pisanie, niegroźna gra, która ma za zadanie utrzymać sprawność umysłową, korespondencja, porządkowanie tekstów. Roth to autor głęboko świadomy tego, jakie prawa rządzą twórczością. Gdy ogłosił decyzję o złamaniu pióra, zgodził się na rozbudowany wywiad dla jednej z dużych gazet amerykańskich – w czasie rozmowy domyślił się, że redakcja wysłała reportera nie po to, by rozmowę opublikować, ale po to, by zaktualizować i dopiąć nekrolog, który miałby się pojawić po jego śmierci. Jak notuje jego biografka, Roth nie poczuł się tym obrażony, bo rozumiał właśnie, że stworzenie dobrego nekrologu leży i w jego interesie. 

Milczy dzisiaj także Hanna Krall – w ciągu ostatnich trzech lat ukazały się cztery książki sygnowane jej nazwiskiem: dwa tomy reportaży wywodzących się z głębokiego PRL-u ogłosiły Dowody na Istnienie. Są to debiutancki Na wschód od Arbatu oraz Bielszy odcień bieli, a także Krall – książka składająca się z rozmów (z Wojciechem Tochmanem) i fotografii oraz dokumentów osobistych (dobranych przez Mariusza Szczygła). Ostatnio zaś w Wydawnictwie Literackim ukazało się opasłe tomisko zatytułowane Fantom bólu. Reportaże wszystkie. Krall nie pisze już nic nowego, zachowuje zatem milczenie jako twórca. Jednocześnie jednak staje się sama bohaterką, bo coraz więcej opowiada o okolicznościach powstania różnych swoich tekstów, o ruchach cenzury, pracy w redakcjach. W przewrotny dość sposób ona sama staje się tematem reportażu, opowiada bowiem o dzieciństwie pod okupacją, okolicznościach życia po wojnie, robieniu kariery reporterskiej w srogim PRL-u. Wydaje się, że Krall zakończyła pisanie swojego dzieła, doszła do końca – jak Konwicki lub Roth. W przeciwieństwie jednak do nich nie wychodzi z roli reporterki. Zamiast pisać, jednak rozmawia, uczy, uczestniczy w spotkaniach, ale też dba, by wszystkie napisane przez nią teksty zobaczyły światło dzienne. 

Innym wariantem milczenia jest ukrycie własnej twarzy – tak czyni dwoje szalenie popularnych na świecie pisarzy – Elena Ferrante i Thomas Pynchon. Inaczej jednak ukrywają swoją tożsamość. Pynchon nie pozwala na publikowanie zdjęć, nie pokazuje się też publicznie i nie udziela wywiadów. Znamy tylko jego zdjęcia (niezbyt atrakcyjne) z młodości. W przypadku Ferrante wiemy jeszcze mniej – podejrzewa się, że nazwisko Ferrante to tylko artystyczny pseudonim, za którym skrywa się autorka z Włoch lub nawet dwóch autorów – włoskie małżeństwo. Pynchon świadomie buduje swą markę właśnie na zaprzeczeniu, nieistnieniu w mediach....

Pozostałe 70% treści dostępne jest tylko dla Prenumeratorów

Co zyskasz, kupując prenumeratę?
  • 6 wydań magazynu "Polonistyka"
  • Dostęp do wszystkich archiwalnych artykułów w wersji online
  • Możliwość pobrania materiałów dodatkowych
  • ...i wiele więcej!
Sprawdź

Przypisy