Dołącz do czytelników
Brak wyników

Książka na zakręcie

20 grudnia 2017

NR 21 (Listopad 2017)

Forma i treść w literaturze najnowszej

0 107

Po co mi lektura, od której nie tylko nie spodziewam się pobudzenia, ale domagam się wręcz, by była łatwa? Przecież dziecko, które układa puzzle, zaczyna od prostych obrazków i dużych kawałków, stopniowo przechodzi jednak do coraz trudniejszych, by skończyć na obrazie zachodu słońca rozbitym na pięć tysięcy maleńkich skrawków. Jeśli haftuję, to zaczynam od łatwych obrysów, by w końcu wyszyć mandalę na obrusie do salonu. Tymczasem ta prawidłowość nie obowiązuje, jeśli chodzi o oczekiwania czytelnicze.

Pewnie nie raz usłyszeliśmy:  „To się łatwo czyta...”.  Albo też: „To się szybko czyta…”. W społeczeństwie, w którym zdolność czytania podlega atrofii, a nieczytanie można uzasadnić na różne sposoby, łatwość lektury i prostota tekstu stały się wartością i kryterium dobierania tekstów. Dodatkowo zaś pokutują inne jeszcze mity, ewidentnie związane z tym, że niewyrobiona grupa czytelnicza narzuca swoje gusta rynkowi wydawniczemu: esej jest za trudny, powieść musi mieć wartką fabułę, ale nie może przedstawiać zbyt dużej ilości bohaterów, ich imiona powinny być proste i wpadające w ucho. Wszystkie wątki należy doprowadzić do końca, czytelnika należy poruszyć, choć najlepiej wzruszyć do łez, sięgnąć do jego własnego doświadczenia lub też zaciekawić, prezentując świat odległy i egzotyczny. Autor powinien być fotogeniczny i chętny do kontaktu z czytelnikami, ma być widoczny, a jego opowieść autentyczna. Najważniejsze zaś, by powieść i reportaż mówiły nam coś nowego – bo przecież tylko poznanie, wejście w jakąś nową przestrzeń ma sens. Czytamy książki tylko na ważne tematy, nie sięgamy po książki zbyt skomplikowane. 

Takich uwag przytoczyć można jeszcze wiele, nie ma jednak po co, wszyscy je znamy, wszyscy spotkaliśmy się z nimi na portalach internetowych, w których czytelnicy polecają sobie nawzajem wybrane tytuły. Wszystkie te banalne uwagi oznaczają zaś, że lubimy autorów, którzy nam nie zawracają głowy, to znaczy opowiadają jakąś niezbyt wymagającą intelektualnie historię w sposób, nad którym nie musimy rozmyślać. To właśnie paradoks, o którym się często zastanawiam: po co czytać, jeśli nie muszę nad tym pomyśleć? 
Po co mi lektura, od której nie tylko nie spodziewam się pobudzenia, ale domagam się wręcz, by była łatwa? Przecież dziecko, które układa puzzle, zaczyna od prostych obrazków i dużych kawałków, stopniowo przechodzi jednak do coraz trudniejszych, by skończyć na obrazie zachodu słońca rozbitym na pięć tysięcy maleńkich skrawków. Jeśli haftuję, to zaczynam od łatwych obrysów, by w końcu wyszyć mandalę na obrusie do salonu. Tymczasem ta prawidłowość nie obowiązuje, jeśli chodzi o oczekiwania czytelnicze. 

Literatura środka

Należy jednak pamiętać, że nie można podać czytelnikowi dobrej literatury, która będzie łatwa w formie, a misterna i skomplikowana w treści. Taka kombinacja nie istnieje. Natomiast za myślenie o takiej literaturze odpowiada nieszczęsny podział na formę i treść. Dzisiaj większość powieści należy tak naprawdę do literatury środka. 

Literatura dzieli się wyłącznie na dobrą i złą. Zła zaś w dużym stopniu żeruje na tych zestarzałych dziś podziałach, oferuje nam właśnie pretensje, pozór skomplikowanej, ambitnej prozy, ale obiecuje jednocześnie, że będzie w lekturze łatwa, że ulegnie czytelnikowi i wysiłkowi, jaki wkłada on w lekturę w pociągu. Zwracam się tu właśnie przeciwko literaturze, którą można by nazwać „wyrachowaną”, nie zaś przeciwko literaturze popularnej – jak kryminał czy powieść obyczajowa. Często zresztą to one właśnie mówią więcej o świecie niż proza ściągająca z literatury wysokiej. 

 

Formą nie chcemy się zajmować, jeśli nie jesteśmy krytykami literackimi, forma nam przeszkadza. Interesuje nas tylko treść. Zapominamy zatem, że jedno bez drugiego nie istnieje, że to forma właśnie odpowiada nie tylko za sposób przedstawienia, ale także za to, co nam się przedstawia. Drugi podział, który tu pokutuje, to przekonanie, że literatura współczesna dzieli się na wysoką i masową. Intuicja podpowiada nam, że można ten podział utrzymać, bo przecież jego dowody widzimy ciągle na wystawach księgarni. Jednak gdzie w takim razie przyporządkować Olgę Tokarczuk, gdzie Elenę Ferrante?

 

Do literatury „wyrachowanej” zaliczam hity: powieści Elif Şhafak, Shantaram Gregory’ego Davida Robertsa, nie mówiąc już o nieśmiertelnym Paolo Coelho i jego ciut zdolniejszych kolegach, czyli Jaume Cabré i Carlosie Luisie Zafónie. Wzruszamy się powieściami panoramicznymi, bo autorzy pokazują nam całe miasto, losy jednej rodziny, jakiś wycinek świata. Co więcej, uznajemy, że to literatura ambitna, właśnie ze względu na szeroki horyzont, który pojawia się w tekście. Sądzę jednak, że w gruncie rzeczy to literatura ze stępionym pazurem. Na dzisiejszym rynku wydawniczym i przy takich oczekiwaniach czytelników karierę robią ci autorzy, którzy potrafią podpatrzeć warsztat pisarzy najwybitniejszych, a potem skopiować go w uładzonej, wymanikurowanej formie. Możemy to prześledzić na przykładzie pewnych gatunków: powieść-saga rodzinna z wieloma bohaterami, odkrywająca stopniowo tajemnice przeszłości, poszczególnych jej członków, rzucona na tło historyczne wydaje nam się gatunkiem wysokim. Tak było u Lwa Tołstoja, tak było u Williama Faulknera. Tylko że Tołstoj do swej powieści wprowadzał długie opisy batalistyczne, rozważania filozoficzne, a nawet ekonomiczno-gospodarcze, budował skomplikowane, rozlewne dialogi. Faulkner nie pozwalał czyteln...

Pozostałe 70% treści dostępne jest tylko dla Prenumeratorów

Co zyskasz, kupując prenumeratę?
  • 6 wydań magazynu "Polonistyka"
  • Dostęp do wszystkich archiwalnych artykułów w wersji online
  • Możliwość pobrania materiałów dodatkowych
  • ...i wiele więcej!
Sprawdź

Przypisy