Dołącz do czytelników
Brak wyników

Horyzonty polonistyki

13 grudnia 2017

NR 16 (Styczeń 2017)

Literatura to wielka łąka

0 274

O namiętnościach, jakie budzi lektura, czytaniu klasyki na nowo, roli nauczyciela oraz marzeniach o uniwersytecie  z prof. Ryszardem Koziołkiem rozmawia Marcin Wilk

Stoicy mówili, że filozofia jest treningiem straty. Czytanie jest rodzajem ćwiczeń w emocjach, w afektach, w zakochaniu, w utracie też. To czyni nas bardziej ludzkimi, bardziej mądrymi, a jednocześnie minimalizuje straty psychiczne.

W jakiej książce się Pan ostatnio zakochał?

W polonistycznym fachu ciągle czyta się rzeczy, które są do czegoś potrzebne. Wynika to z naszych bieżących zatrudnień. Ale od czasu do czasu czytam coś, nad czym nie pracuję i nawet nie mam zamiaru. Dzięki temu w wakacje połknąłem Czarodziejską górę, żeby sprawdzić, czy nadal kocham, czy wciąż mi się podoba, czy bierze, czy wzbudza namiętności. 

No i?

Wzbudza!

Niech mi Pan o tym opowie więcej, proszę.

Zaraz Panu o tym opowiem, ale wspomnę jeszcze, że wśród nowszych rzeczy, w których się zadurzyłem, są: Sońka Karpowicza i Król Twardocha, więc rzeczy dość od siebie różne, zarówno jeśli chodzi o poetykę, jak i tematykę.

I cóż u Karpowicza?

W jego przypadku to nie była miłość od pierwszego wejrzenia, bo pierwsze kilkanaście czy kilkadziesiąt stron nawet mnie irytowało. Nie rozumiałem, co autor ze mną robi, choć jakoś szedłem za nim. Potem pojąłem, skąd takie nagromadzenie sztuczności i klisz. Z tego rupiecia literackiego zaczęła mi majaczyć koncepcja historii opowiadanej przez kobietę, która nie umie mówić dobrze, bo jest półanalfabetką, ale doświadczyła czegoś fundamentalnie głębokiego – miłości, traumy, wojny, nienawiści, utraty. Opowiada to za nią pośrednik – Igor – mądrala, intelektualista, reżyser, który wie, jak to trzeba wyrazić. To napięcie bardzo mi się spodobało. 

A Twardoch?

W nim zobaczyłem piszące zwierzę. 

Jakież to?

Woła, bawoła, może bizona. W każdym razie masywne, dynamiczne zwierzę, które gdy się rozpędzi, to wpada w pęd opowiadania i właściwie jest nie do zatrzymania. W Królu zobaczyłem umiejętność wytwarzania takiego stanu u czytelnika, który jest napędzany tylko jedną myślą: co będzie dalej? Oczywiście, prócz całego bogactwa treści, udało się autorowi dostarczyć nam przede wszystkim przyjemności płynącej z samego czytania fikcji.

Ciekawe to, bo obiegowa opinia mówi, że my, w polskiej literaturze, jesteśmy gorsi w prozie. 

Nie zgadzam się z tym. Być może my jesteśmy w jakimś sensie, w ogromnym uproszczeniu, formacją przed psychoanalityczną także w czytaniu literatury. To znaczy, myśmy się jeszcze z naszymi rozkoszami nie oswoili, nie zbratali, nie dali im ujścia. I w związku z tym literaturę, która się do tych prostych rozkoszy odwołuje w sposób bezpośredni, traktujemy trochę podejrzliwie albo ją wręcz deprecjonujemy. Ale i to się odwraca, co pokazuje kariera choćby kryminału polskiego po 1989 roku.

Zostawmy tu jednak kryminał i wróćmy do zakochania. Szczerze powiem, że czytając Dobrze się myśli literaturą, odniosłem wrażenie, że Pan jest niewierny.

Oczywiście, jestem niewierny. Literatura to wielka łąka, na której czytelnik – niczym krowa – się pasie. Odwołuję się tu do alegorii Nietzschego, który twierdził, że doskonały czytelnik jest prawie krową, to znaczy ma dwa żołądki – jeden do pożerania i następny do trawienia, czyli przemyślenia lektury.

Pole literatury wydaje mi się zbyt ciekawe, żeby się paść tylko w jednym narożniku czy pożerać jeden gatunek trawy. W ten sposób z jednej strony można czytać dla przyjemności Treny Kochanowskiego, a z drugiej – Króla Twardocha.

Że Króla dla przyjemności, to rozumiem. Ale Treny?

Na własny użytek wciąż układam sobie zestaw polskich książek, z którymi nie mógłbym się rozstać. I Treny zawsze są na jednym z pierwszych miejsc.

Kochanowski jest wyzwaniem dla historii literatury. Pojawił się gotowy jako poeta z gotowym językiem i z kompletną wyobraźnią poetycką. Jest wydarzeniem w polszczyźnie osobnym. Jakby przylecieli kosmici i przywieźli nam Poetę. Oswajamy to i mówimy, że miejscami przerabiał Horacego na przykład, ale prawda jest taka, że on prostu wymyślił polski język poetycki. Upraszczam teraz, ale wolno mi, nie jestem zawodowcem od literatury staropolskiej.

Poza tym Kochanowski pokazał, że literatura to sprzęt do działania w sytuacjach ekstremalnych. Daje język, kreśli obrazy, rozwija wyobraźnię, pozwalając mówić o trudnych doświadczeniach człowieka. A to ważne, bo bez nazwania stanu, w którym jestem lub w którym znajdują się inni, nie potrafimy funkcjonować, stajemy się socjopatami albo podmiotami w depresji. 

Mnie to się wydaje, że my w ogóle dość często w smutku sięgamy po literaturę.

Literatura odsłania wtedy jeszcze jedną pomocną właściwość. Zwykle w smutku, jeśli ktoś próbuje nam powiedzieć „ja wiem, co ci jest”, to zwykle powoduje reakcję gniewną lub obronną. Natomiast literatura nie traktuje nas protekcjonalnie ani nie próbuje pochopnie nazwać naszego unikalnego przeżycia, zwłaszcza przykrego.

W tej sytuacji jest pokusa, by spytać wprost: kiedy Pan ostatnio płakał podczas lektury?

Trudne pytanie. Pewnie przy Sońce. To nie był jednak już ten płacz, który wstrząsał czytającym ciałem podczas lektury Winnetou czy śmierci D’Artagnana w Wicehrabim de Bragelonne.

Co to był za płacz?

Ten pierwszy płacz czytelnika jest dokładnie takim samym, jak płacz po stracie kogoś bliskiego. To jest w ogóle fenomen, że spędzamy tyle czasu w towarzystwie postaci fikcyjnych, o których wiemy dużo więcej niż o postaciach rzeczywistych. Często obdarzamy ich zainteresowaniem i uczuciami większymi niż prawdziwych ludzi. W pewnym sensie mogłoby się to wydawać niesprawiedliwe, że płaczemy bardziej po Winnetou 
niż po wujku, na którego pogrzebie nie uroniliśmy ani jednej łzy. Ale nie lekceważyłbym tego. Stoicy mówili, że filozofia jest treningiem straty. Czytanie jest rodzajem ćwiczeń w emocjach, w afektach, w zakochaniu, w utracie też. To czyni nas bardziej ludzkimi, bardziej mądrymi, a jednocześnie minimalizuje straty psychiczne. 

No i książki, w przeciwieństwie do ludzi, nie ranią.

Nawet jeśli cierpimy, to nie tracimy ostatecznie kogoś tak nieodwracalnie, jak w życiu. Do książki możemy sobie wracać bez końca, ona z nami pozostaje. Choć to już jest inna lektura; przeżyliśmy tę stratę i teraz wiemy, że jest wmontowana w opowieść.

Jak do tego wszystkiego ma się samotność?

Przez pewien czas sądziłem, że literatura czyni z nas socjopatów, bo się zamykamy przed światem. Sama intymność czytania też by za tym przemawiała. Paradoksalnie jednak współczesne technologie informacyjne i portale społecznościowe, te tysiące ludzi wpatrzonych w „prostokąty świecące” (Taco Hemingway) uświadomiły mi, że czytelnik literatury wcale nie jest dziś bardziej wyalienowany niż osoba, która w tłumie wpatruje się w pięciocalowy ekran? Ale myślę, że jedni i drudzy nie czynią tego, żeby jedynie obcować sami z sobą, ale uczestniczyć w życiu innych ludzi i dzielić się swoim. Im mocniej zostaliśmy dotknięci książką, tym chętniej chcemy się nią natychmiast podzielić. Albo czytamy sobie kawałki, wycinamy i wklejamy. To efekt każdej dobrej lektury. Myślę, że książka tak naprawdę przywraca nas światu, a nie odwraca od niego. Czyni nas uważniejszymi. Dzięki czytaniu więcej widzimy.

Zdarza się Panu kłócić o lektury?

Nieustannie. Na przykład o wartość wspomnianej tu Sońki czy Króla. Wielu moich przyjaciół i znajomych uważa, że Król jest niedobrą powieścią, tandetną i koniunkturalną, zrobioną na efekt, więc kłócimy się. Podobne zresztą zarzuty dotyczyły Sońki. Że to jest wykoncypowane, poprawne politycznie i zrobione na zimno, co mnie szczególnie nie obchodzi. Pisarz powinien to robić na zimno, w końcu jest majstrem.

O klasykę się Pan nie kłóci? Coś mi się nie chce wierzyć, że wszystkim się spodobało, jak Pan Sienkiewicza czyta.

Akurat moim kolego...

Pozostałe 70% treści dostępne jest tylko dla Prenumeratorów

Co zyskasz, kupując prenumeratę?
  • 6 wydań magazynu "Polonistyka"
  • Dostęp do wszystkich archiwalnych artykułów w wersji online
  • Możliwość pobrania materiałów dodatkowych
  • ...i wiele więcej!
Sprawdź

Przypisy