Dołącz do czytelników
Brak wyników

Horyzonty polonistyki

11 grudnia 2017

NR 12 (Maj 2016)

Książki na przemiał popkultury
Wokół recyklingu literackości

0 106

Ortodoksyjni fani J. R. R. Tolkiena grzmieli z oburzenia na forach internetowych, gdy świat obiegła wiadomość, że Peter Jackson zamierza zekranizować powieść Hobbit, czyli tam i z powrotem i to aż w trzech częściach. W sumie 316-stronicowa książka doczekała się ponad dziewięciogodzinnego filmu (pierwsza część miała premierę w 2012 roku, ostatnia w 2014 roku). Czytelnicy zachodzili w głowę, jakim sposobem uda się reżyserowi z jednej niezbyt obszernej powieści uczynić trylogię. Pojawiły się memy internetowe naśmiewające się z tego pomysłu, a sam zamysł budził skrajne emocje, zwłaszcza że po sukcesie Władcy Pierścieni trudno byłoby stworzyć równie doskonałe widowisko. Podczas ekranizacji Tolkienowskiej trylogii było to zrozumiałe, a wierna adaptacja cyklu powieściowego stanowiła wielką zaletę superprodukcji Jacksona. Ale Hollywood nie z takimi książkami dawało sobie radę, często ekranizacja lepiej wypadała niż oryginał. Na pocieszenie można dodać, że Hobbit jest lekturą szkolną pierwszych klas gimnazjum, obok Zemsty Fredry, Romeo i Julii Szekspira, Opowieści wigilijnej Dickensa czy Krzyżaków Sienkiewicza – a więc takich klasyków, które adaptacje filmowe mają już za sobą. Gimnazjaliści, których świat wykreowany przez Tolkiena nuży i którzy nie są w stanie poddać się erudycyjnemu stylowi pisarza, brzmiącemu współcześnie dość archaicznie, powinni być uradowani. Reszta widzów również, gdyż produkcja wcale nie była taka zła.

Seriale niczym powieści w odcinkach

Za współczesnego następcę Tolkiena uważany jest wybitny amerykański pisarz fantasy George R. R. Martin, który stał się ofiarą własnego sukcesu, a raczej nieprawdopodobnej popularności serialu Gra o tron, którego pierwowzorem jest cykl powieściowy. Serial zaczął żyć własnym życiem i „wyprzedził” literaturę – w kwietniu 2016 roku była premiera szóstego sezonu, do którego Martin nie zdążył napisać książki. To, że obie wersje się różniły, było oczywiste i fani książek nie kryli rozczarowania już od pierwszego sezonu, zwłaszcza że na bieżąco mogli porównywać różnice między dwiema wersjami. Co więcej, media równoległe narodziny powieści i emisję serialu relacjonowały tak, jakby był to wyścig. Przy czym Martin ściśle współpracuje z twórcami filmowymi i podobno właśnie to zajmuje mu najwięcej czasu. Teraz role się odwróciły, fani wypowiadają się nieprzychylnie w komentarzach pod artykułami o pisarzu, że książka powstanie na podstawie serialu. 

Znów zmienił się paradygmat pewnej dziejowej hierarchii przekazu narracyjnego. Niegdyś to powieści były uważane za gorsze jakościowe wytwory artystyczne, nad którymi królowała poezja. Dziewiętnastowieczne powieści były łatwiejsze w odbiorze, nie wymagały wykształcenia, oczytania, erudycji i bazowały na podstawowych emocjach. Teraz prym wiodą przekaźniki wizualne. Agnieszka Holland w jednym z wywiadów porównała współczesne produkcje serialowe do dziewiętnastowiecznych powieści: „najlepsze seriale pełnią podobną funkcję jak dziewiętnastowieczne powieści, też zresztą drukowane w odcinkach”1. Reżyserka nazywa je „popularną formą narracyjnej wypowiedzi audiowizualnej”. Amerykańskie stacje CBS, NBC czy HBO produkują własne seriale oglądane z wypiekami na twarzy przez cały świat, które mieszczą w sobie wszystkie cechy najlepszych powieści dziewiętnastowiecznych: epicki rozmach, rozbudowane psychologicznie charakterystyki postaci, skomplikowane relacje, liczne wątki, powieściowy sposób formułowania intrygi. Jednym słowem: seriale trzymają w napięciu do ostatniego odcinka. 

Mimo to literatura wciąż ma się dobrze, dlatego że oddziałuje na inne formy gatunkowe i tak długo, jak ludzie będą chcieli opisywać i wymyślać świat, tak długo będzie istniała, tyle że w inny sposób. Na pewno nie jest już najważniejszą formą przekazu artystycznego za sprawą nowych technologii, gdyż zmieniły się kanały komunikacji, ale wciąż inspiruje twórców innych dziedzin i silnie wpływa na popkulturę w postaci literackiego recyklingu.

Pisarze w roli „twarzy” swoich „produktów” 

Nie tylko literatura przenika do popkultury, lecz także jej twórcy stają się pożądani medialnie jako osobowości. Coś jest na rzeczy – obecnie literatura stała się takim samym medium „przemielonym” przez popkulturę i poddanym prawom rynku jak wszystkie artefakty kultury. Jeszcze nie tak dawno pisarz miał rangę i cieszył się społecznym poważaniem, należał do elity, obecnie nie cieszy się już taką estymą. W wir popkultury wpadli utalentowani pisarze średniego pokolenia, a więc ci, którzy zdążyli zaistnieć na rynku książkowym, zostać docenionymi przez krytykę oraz czytelników, a następnie wpaść w szpony rynkowych reguł sprzedaży. Dziś autorzy stają się celebrytami i twarzami swoich książek. Można się śmiać z modelek, które zostają „twarzą rajstop”, ale los pisarza bywa podobny i zależny od jego popularności np. w mediach społecznościowych. Każdy bardziej uznany autor musi pokazać swoją twarz na okładce, gdyż w ten sposób jest identyfikowany z produktem, jakim jest książka. Dla przykładu: Olga Tokarczuk, Szczepan Twardoch, Jacek Dehnel, Jakub Żulczyk, Sylwia Chutnik, Dorota Masłowska są tak samo znani jak większość popularnych aktorów czy piosenkarzy. 

Pisarz Michał Witkowski doprowadził zjawisko popularności do granic absurdu, wcielając się w rolę bywalca ścianek i warszawskich imprez jako Miss Gizzi. Prowadził nawet blog związany z modą i regularnie naśmiewał się z gwiazd Internetu, które stały się popularne właśnie poprzez prezentowanie stylizacji modowych. Zainteresowanie zmieniło się w ostracyzm medialny, gdy Witkowski wywołał skandal na salonach, pojawiając się w kaszkiecie z nadrukiem „SS”. Wówczas wydawca natychmiast wstrzymał sprzedaż jego ksią...

Pozostałe 70% treści dostępne jest tylko dla Prenumeratorów

Co zyskasz, kupując prenumeratę?
  • 6 wydań magazynu "Polonistyka"
  • Dostęp do wszystkich archiwalnych artykułów w wersji online
  • Możliwość pobrania materiałów dodatkowych
  • ...i wiele więcej!
Sprawdź

Przypisy