Dołącz do czytelników
Brak wyników

Horyzonty polonistyki

15 grudnia 2017

NR 18 (Maj 2017)

Biblioteka jako epidemia

0 320

Z Markiem Bieńczykiem o książkach pożyczanych, awanturach o porządkowanie biblioteki i przyjaciołach oglądających zbiory rozmawia Marcin Wilk

Chętnie pożycza Pan książki?

Na szczęście mam mało takich próśb. Na szczęście. Ostatnio pożyczałem książkę z pełną świadomością, że jej nie zobaczę. I zły byłem na siebie. Może innej bym nie żałował, ale z tej często korzystałem i od razu poczułem, że jest źle. Umówiliśmy się na miesiąc. Już rok mija… Jeżeli ktoś pożycza, to zaczyna od tego, że na pewno odda. „Jestem z tych, którzy oddają”. Wszyscy tak mówią, a potem… 

Jest jak zawsze.

Sam mam książki, których nie oddaję. I nie mówię tu o bibliotece, bo te jakby uważam za swoje niemalże. One tak sobie siedzą w mieszkaniu, taki półbyt ożywiony… śpiący kot czy coś takiego. Więc co będę ruszał – niech śpi dalej.

Dużo ma Pan takich książek?

Nie, nie. Nie lubię mieć długów. Nigdy w życiu nie miałem długu pieniężnego. I nie lubię mieć książkowych. Choć pewnie znalazłoby się kilka takich książek, nagromadzonych przez życie, które ze mną zostały.

Czyli Pan też przetrzymuje!

Czasem zapisują, że pożyczyłem.

Nieoddawanie – niefajne, ale to zapisywanie trochę jednak mi zgrzyta.

Owszem, dlatego ja nigdy nie zapisywałem. Ale wybaczam tym, którzy zapisują. Oni traktują człowieka jak istotę chorą. Gdy ktoś ma kaszel, to mu się daje syrop. Jak pożycza książki, to trzeba zapisać. Bo to jest jak choroba, a choroba jest raczej niezależna od człowieka. 

Pana nie kusiło? Ostatecznie zapisywanie to jakaś forma porządkowania biblioteki.

Nie porządkuję biblioteki. To osobny temat. 

Parę lat temu napisałem do przyjaciela, że wcześniej skończą w Polsce budowę autostrady A1, niż ja uporządkuję bibliotekę. Przepowiednia się, niestety, sprawdziła. Autostrada już jest, a moja biblioteka wciąż w stanie niegodnym pokazania. Bo nie wpuszczam tam nikogo. Sam siebie też nie. Tam wchodzi mój sobowtór. 

Oj, a ja właśnie miałem ochotę spytać, jak to wszystko wygląda.

De facto bibliotekę mam w trzech mieszkaniach. Biblioteka – od razu zaznaczę – to zbyt mocne słowo. W ubiegłem roku umarła moja mama i w jej mieszkaniu nic jeszcze nie zdążyłem zrobić, a jest tam sporo moich książek. Książki są w mieszkaniu, w którym żyłem 50 lat. Tam jest wszystko. Filozofia i polskie powieści z lat 60. Pomieszanie z poplątaniem. Straciłem trochę kontrolę nad tym, co tam mam. A ponieważ je wynajmuję – na pewno coś zginęło. To trochę straszne.

Książki nie są poukładane w konkretnym porządku?

Nie. Kiedy jeszcze tam mieszkałem, miałem jakiś – mniej więcej – porządek w głowie. Tu humanistyka francuska, tu polska powieść, tu filozofia, tu jakieś sprawy ogólnokulturowe, tu książki o winach, tu sztuka... Próbowałem zachować ten porządek w nowym mieszkaniu, ale nie udało się. Rozrosło się. Książki prędko pojawiły się w gabinecie żony, potem na podłodze, w sypialni na nocnym stoliku, w przedpokoju na skrzynce na buty. Najpierw jedna kupa, potem dwie, potem kupa na kupie, teraz boję się, że jak zdejmę nieostrożnie jedną – wszystkie spadną. 

Ale chyba nie jest u Pana tak źle jak u profesor Marii Janion?

U profesor Janion jest dobrze. Są dwie idealne biblioteki na świecie. Biblioteka Borgesa z jego opowiadań i biblioteka Marii Janion. Oczywiście u Janion książek jest więcej niż miejsca, tyle że ona potrafi znaleźć książkę.

Moim zdaniem – tam się nie da żyć.

No, nie da się. Jest za dużo wszystkiego, lecz jest pedantycznie. Kiedy rozmawialiśmy o jakiejś książce, pani profesor nagle przerywała – „Niech pan chwilę poczeka” – i szła tymi tunelami. 
W ciągu dwudziestu sekund była z powrotem z książką. Dumna jakby szczupaka wyłowiła. A może przynajmniej tak mi się wydawało, bo ja byłbym dumny na jej miejscu. Sam bym tak nie potrafił, bo albo nie wiem, gdzie jest książka, albo nie wiem, czy ją mam. 

Jak to?

Przeważnie wiem, że mam, ale nie wiem, gdzie ona jest. I wtedy pożyczam z biblioteki. Albo kupuję drugi egzemplarz. Zdarzyło mi się też wypożyczyć książkę, którą już wcześniej wypożyczyłem. Już się przestałem tego wstydzić. 

I bardzo dobrze.

Moja żona się wścieka, robi awantury o książki codziennie. Podejmowałem liczne próby, na przykład kiedy wracałem ze spływu po wakacjach: pierwszy września, obiecywałem urbi et orbi „nowy początek”. Ale żadne „nowe początki” się nie sprawdziły, wszystko diabli wzięły natychmiast, przychodziły nowe książki. Nie jest dobrze, drogi panie, nie jest dobrze. 

Ale jakoś się Pan orientuje przecież.

Oczywiście! Co więcej, mam pomysły na porządek. Podział – tu proza polska, tu zagraniczna (krajami – nie po nazwiskach) – to tak mniej więcej. Próbowałem nawet ten porządek, który się raz zainstalował w głowie, stworzyć, ale za dużo książek przybyło. Bardzo dużo książek oddaję do bibliotek.

Nie szkoda?

Trochę tak, ale raczej oddaję te, do których prawdopodobnie nie wrócę. Głównie produkcję polską. Nagromadziło się dużo książek, które chcę przeczytać, albo przynajmniej przejrzeć, ale jeszcze nie zdołałem. I ta kupa rośnie w zastraszającym tempie. Jeśli pyta pan o psychofizjologię, to ja przekroczyłem pewien próg. Nie tylko przyzwoitości, ale też własnej wytrzymałości. 
To mnie zaczyna męczyć. Gdyby pan mnie spytał, co chcę teraz w życiu robić, to odpowiedziałbym, że uporządkować bibliotekę. 

Teraz mnie ten próg interesuje. Kiedy się to stało?

Jakieś dziesięć lat temu. 

Co się wtedy wydarzyło?

No, zupełnie straciłem kontrolę. To taka rozrastająca się epidemia, dżuma. Robiłem teraz jakąś antologię. I wiem, że jest tam dużo błędów, bo to są teksty dziewiętnastowieczne, przepisywane, musiałem wypożyczyć dużo książek i dalej je trzymam na podłodze, póki książka nie pójdzie do druku, czyli jeszcze parę miesięcy. Kiedy piszę jakiś tekst, to przynajmniej kilkanaście książek mam koło siebie. Ale cały czas przychodzą książki nowe. 
W spiżarni, w zepsutej lodówce też są. 

O! I co tam jest?

Trochę pism, ale właściwie to nie pamiętam. 

Porozmawiajmy zatem o bibliotece podręcznej. Co tam jest?

Takiej najbliższej w zasadzie nie mam. Wiem – mniej więcej – gdzie Flauberta szukać. Mniej więcej… Wiem też, gdzie stoi literatura francuska, ale gdzie reszta świata? Tu gorzej. Tak sobie marzę, że zatrudnię jakąś polonistkę, wszystko wywalę, poukładam, żeby nie było w dwu rzędach. I jakoś to będzie. Ale na razie… 

Jest, jak jest.

A wie pan, że moja żona jest architektem? To ona projektowała półki i jest teraz na mnie wściekła, bo nie miało być dwóch rzędów. Ale co zrobić! Porządkowanie jest bardzo męczące fizycznie i czasochłonne. Nie mam na to czasu, bo muszę pisać. Ciągle mam coś do pisania. Gotowanie – a ja dość dobrze gotuję – też jest odłożone na drugie życie… Wszystko jest odłożone na drugie życie, bo muszę coś napisać. Czy ja jednak odpowiedziałem na pańskie pytanie?

W zasadzie to tak, bo miałem ochotę trochę podpytać o porządki. Może by pozwolił Pan jednak komuś ogarnąć te swoje zbiory?

Podejrzewam, że musiałbym być w jednym pokoju i pilnować tych porządków. Ale, kto wie, może bym zacisnął zęby i pozwolił? Przychodzi taki moment – może to kwestia wieku – że zaczynam uznawać niepomyślane wcześniej możliwości, dopuszczam, że może być inaczej niż dotąd. I choć jestem dosyć konserwatywny egzystencjalnie – w sensie powtarzalności tych samych rytuałów – to wizja odmiany zaczyna mnie rajcować.

Słusznie. Ja się martwię szczególnie tymi stosami. Spadł na mnie raz taki stos, kiedy spałem. Żeby to jeszcze były książki...

Pozostałe 70% treści dostępne jest tylko dla Prenumeratorów

Co zyskasz, kupując prenumeratę?
  • 6 wydań magazynu "Polonistyka"
  • Dostęp do wszystkich archiwalnych artykułów w wersji online
  • Możliwość pobrania materiałów dodatkowych
  • ...i wiele więcej!
Sprawdź

Przypisy