Dołącz do czytelników
Brak wyników

Trochę sobie pożartowałem, a trochę nie

Artykuły z czasopisma | 30 listopada 2017 | NR 8
204

Jest Pan ostatnimi czasy jednym z najczęściej nagradzanych i nominowanych poetów w najważniejszych konkursach literackich w Polsce, zarówno w tych o ugruntowanej już pozycji (Nagroda Fundacji im. Kościelskich, Nagroda Literacka Nike, Wrocławska Nagroda Literacka „Silesius”), jak i w tych najmłodszych (Nagroda im. Wisławy Szymborskiej). Jak postrzega Pan zmieniający się, polski i zagraniczny rynek nagród literackich i czy przywiązuje Pan do niego wagę jako poeta? James English na przykład, odnosząc się do globalnego wymiaru nagród nazwał go w Ekonomii prestiżu międzynarodowym sportem, który posiada silny kapitał symboliczny.

– Proszę pozdrowić pana Englisha i życzyć mu ode mnie symbolicznych sukcesów we wszystkich konkurencjach, które uprawia. Nie wiem, jak elastyczne są dla Pani pojęcia „ostatnich czasów”i „najczęściej nagradzanych”, ale muszę tu uściślić: w obecnym stuleciu przyznano mi jedną nagrodę, Silesiusa. Bo na przykład wspomniana Nagroda Kościelskich to lata 90. ubiegłego wieku. Natomiast rynku nagród nie śledzę, bo nie mam czasu. Jestem łasy na nagrody i gdyby istniało niebezpieczeństwo, że przegapię jakąś przyznaną właśnie mnie, to pewnie bym śledził. Na szczęście wszystko jest bardzo dobrze zorganizowane i laureat czy nominant zawsze zostaje powiadomiony na czas. Swoją przedostatnią książkę poetycką, Pod światło, wydałem sobie sam kilka lat temu, więc sam też wysłałem ją na tych pięć konkursów. I to było niedobre, bo mi się utrwaliły w pamięci te wszystkie terminy, ci jurorzy, te sumy zawrotne… A poeta to jednak potrzebuje raczej spokojnej głowy, niech siedzi w swojej mysiej dziurze i skrobie, a nagrodę przyniosą mu w swoim czasie na złotej tacy.

Dlaczego Ośrodek „Brama Grodzka”? Dlaczego taki mały nakład tomiku Przez sen – 300 egzemplarzy? Pana ostatnią książkę trudno zdobyć nawet wprawionym w poszukiwaniach polonistom. Ci, którzy interesują się poezją współczesną, zastanawiają się, czemu tak się stało, czemu Podsiadło im to zrobił, chociaż zdają sobie sprawę z trudnej wydawniczej sytuacji poezji.

– To im zrobił Próchniak. I dobrze im tak. Ale po kolei: dlaczego „Brama”. Od dawna noszę w sercu pewien ideał współpracy poety i wydawcy, prosty, ale trudny do zrealizowania w świecie, w którym bociany klękają przed żabami. Ideał ten polega na tym, że obie strony chcą stworzyć i wydać jak najlepszą książkę, dostarczyć sobie przyjemności wspólną pracą nad nią, a jeśli się uda, to także na niej zarobić. I to się spełniło w tym przypadku. Zaczęło się od tego, że zaprzyjaźniłem się z Pawłem Próchniakiem. I on zaprosił mnie do Lublina na takie jakby warsztaty w tamtejszej Izbie Drukarstwa. Po tych warsztatach wychodzimy na papierosa, a tam taka pani mówi do mnie, że od dawna marzy o tym, żeby opracować graficznie moją książkę. No to ja mówię, że nie pani jedna i do widzenia. Potem Paweł odprowadza mnie do hotelu, a po drodze strasznie mnie sztorcuje, że co ja zrobiłem, że to przecież była pani Małgosia Rybicka! No to ja krzyknąłem: „Żona Ryby?!”. „Nie, wręcz przeciwnie! Graficzka, wybitna artystka, wszyscy pisarze marzą, żeby opracowała im książkę”. No i następnego dnia ja poszedłem do Małgosi z przeprosinowymi goździkami, a Paweł do dyrektora Tomka Pietrasiewicza z pytaniem, czy „Brama” by nie wydała mojego tomiku. A Tomek się bardzo ucieszył. I nie było żadnego negocjowania umowy, żadnych pertraktacji finansowych, żadnego niepolonistycznego traktowania kotka za pomocą młotka, tylko wszyscy z radością wzięliśmy się do roboty, jak utopijni socjaliści. Kiedy powiedziałem Małgosi, że od dawna marzę o książce, w której żaden wiersz nie jest przenoszony na następną stronę, a żaden długi wers nie jest łamany i przenoszony linijkę niżej, to mi ją tak właśnie zaprojektowała. Jak dla większości poetów, wiersz jest dla mnie trochę świętością i trzeba uważać, jak się koło niego chodzi. Atmosfera jest bardzo ważna, klimat. No i zaufanie. Jak Paweł Próchniak mówi, że książka jest dla niego ważna, to znaczy, że jest ważna. Jeśli to samo mówi mój były wydawca ze Znaku, to znaczy, że ćwiczy na mnie talent recytatorski. Wiem to, odkąd ponad połowa nakładu książki wydanej w Znaku „uległa uszkodzeniu podczas transportu”. Chyba sieczkarnią albo co najmniej wialnią ją wozili po całym krakowskim województwie, i tylko po kocich łbach. Poza tym ja jestem człowiek dość imprezowy, nie będę ukrywał, i jak mnie Tomek czy Paweł zaproszą na obiad, to zawsze sobie pojemy, popijemy, pogadamy o poezji i jest fajnie, a na końcu okaże się, że ktoś już zapłacił rachunek i nawet nie wiadomo, kto. A jak mnie na przykład zaprasza na obiad inny mój były wydawca Artur Burszta, to ja bardzo muszę uważać, co mówię. I pilnować się, żeby broń Boże czegoś nie zjeść! Bo jak się coś zje, to potem Artur się uprze, że on zapłaci. A jak już zapłaci, to wtedy nie ma przeproś, nie wypuści człowieka z restauracji, dopóki nie wynegocjuje pomniejszenia honorarium autorskiego przynajmniej o trzykrotność kwoty, za jaką poeta zjadł. Wiem, co mówię, bo nieraz byłem z Arturem na obiedzie. Więc przy okazji ostrzegam niedoświadczonych poetów: na obiadach z Arturem Bursztą buzia w ciup i głodóweczka, a jak nie, to lepiej sami sobie wrzućcie na dzień dobry tabletkę gwałtu do zupy, mniej będzie męczarni. Dlatego tę książkę wydałem w Lublinie, nie w Krakowie i nie w Legnicy. Aha, ten nakład, bo popadłem w plotkarstwo. Jak już książka była gotowa, to spytałem Pawła, ile drukujemy. A Paweł mówi, że trzysta. No to spytałem, dlaczego tak mało. A on się bardzo zdziwił: „Mało? Dzisiaj trzysta egzemplarzy to jest dużo! Mało to było w czasach, jak byłeś kultowym poetą Brulionu!”. Więc zostało trzysta, nawet się ucieszyłem. Ale potem chyba dodrukowali.

W Przez sen można znaleźć charakterystyczną dla Pana zaczepność i prywatność, ale występuje coraz większa oszczędność słów i melancholijność w porównaniu z innymi Pana tomikami, zwłaszcza tymi najwcześniejszymi. Wynika to tylko z Pana osobistego rozwoju jako poety dojrzałego, czy może zauważył Pan, że taka właśnie poezja jest dzisiaj potrzebna i mówi ona więcej? Mam na myśli takie obserwacje jak: „(...) Nie zatrzymamy świata/w jego biegu przygłupa, przynajmniej ja już nie./Synu, czasu jest mało. Potok życia jest wartki./Najciekawsze w zeszytach są te wyrwane kartki.”

– To jest bardzo ważne pytanie i bardzo ch...

Pozostałe 70% treści dostępne jest tylko dla Prenumeratorów

Co zyskasz, kupując prenumeratę?
  • 6 wydań magazynu "Polonistyka"
  • Dostęp do wszystkich archiwalnych artykułów w wersji online
  • Możliwość pobrania materiałów dodatkowych
  • ...i wiele więcej!
Sprawdź

Przypisy