Dołącz do czytelników
Brak wyników

Horyzonty polonistyki

29 listopada 2017

NR 6 (Maj 2015)

Wyświetlić przestrzeń
Poe, Dickens i Simenon

0 31

To było jakieś pięć lat temu. Siedzieliśmy we trzech w jednym z gabinetów w Collegium Maius: Maciej Maciejewski, Jerzy Borowczyk i ja. Przedmiotem rozmowy, nagrywanej na dyktafon, był serial Glina, który wyreżyserował Władysław Pasikowski na podstawie tekstu naszego interlokutora, świetnego scenarzysty. W którymś momencie zeszło na kryminały.

Chodzi mi o Georges’a Simenona. Nagle, będąc już po czterdziestce, ujrzałem zupełnie innego Simenona – odezwał się Maciejewski. – W serialu nie cytowałem go wprost, ale starałem się oddać ten klimat, który znalazłem w tekstach z lat 50. i początku 60. Fascynował mnie opis Paryża, który był miastem jeszcze powojennym, miastem kontrastów”.

 „Mam na myśli efekt bliskości, który jest lejtmotywem książek o komisarzu Maigret – dopowiadał scenarzysta. – Zbrodnia rozciąga się zazwyczaj w niewielkim kwadracie ulic. Rzadko poza nią wykracza. Taką historię chciałem napisać”.

Słuchając tych wypowiedzi na temat powieści francuskiego pisarza, uprzytomniłem sobie, że filmowiec to bardzo szczególny rodzaj odbiorcy. Ktoś taki czyta i jednocześnie wyświetla sobie w głowie rozmaite obrazy. To, co dla mnie jest zbiorem znaczących to i owo zdań, dla niego jest czymś więcej: ujrzanym kawałkiem rzeczywistości, konkretnym, ciekawie wykadrowanym, odpowiednio oświetlonym.

„Po raz pierwszy czytałem go na przełomie szkoły średniej i studiów – wyjaśniał nam Maciejewski sens ponownego odkrycia pisarstwa Simenona. – Była to więc bezmyślna lektura. Teraz odczytałem całe bogactwo tej literatury.
Przede wszystkim fantastyczny opis.
Znam Paryż całkiem nieźle, więc podczas lektury odtwarzałem sobie natychmiast widoki miejsc, które on opisał. Fantastyczna narracja”.

Ów wykładzik z praktycznej wiedzy o literaturze okazał się impulsem, pod wpływem którego moje przygody czytelnicze zaczęły się powoli zmieniać. Interpretacja przestała być priorytetem. Metaforę tekstu jako mechanizmu generującego znaczenia zastąpił McLuhanowski wewnętrzny projektor. W efekcie lektura przeobraziła się w intrygującą włóczęgę po „drogach i bezdrożach”, miastach, cudzych domostwach, lasach, ulicach, wsiach, metropoliach. W pewnym sensie stała się zabawą w wizualizację przestrzeni, którą poznajemy w trakcie czytania. 

Poe

Ważnym nauczycielem wizualnej lektury był Edgar Allan Poe. Gdy po latach wróciłem do jego opowiadań, zrozumiałem, że to prawdziwy mistrz w zakresie operowania kamerą. Wszakże talent narracyjny owego osobliwego pisarza-erudyty ujawniał się między innymi w projektowaniu spektakularnych scen widzenia. Szybko stało się dla mnie jasne, że autor Zagłady domu Usherów nie tyle tworzy zdania, co projektuje kolejne ujęcia swojej bardzo zmysłowej opowieści. W którymś momencie odniosłem nawet wrażenie, że czytając teksty Poego, obserwuję człowieka, który na moich oczach oddaje się nałogowi polegającemu na obsesyjnym pożeraniu ruchomych obrazów. 

Człowiek tłumu (z 1840 roku) mógłby stanowić ważny dowód w sprawie.

Oto pewien mężczyzna „w jesienny wieczór” zasiadł „przy oknie w kawiarni hotelu D*** w Londynie”. Właśnie dochodzi do siebie po przebytej chorobie i odczuwa jakąś „nieustępliwą ciekawość”. W ten sposób zdobywamy przynajmniej dwie istotne informacje: 1. na temat punktu obserwacyjnego, 2. na temat dyspozycji psychicznej narratora.

 

Metaforę tekstu jako mechanizmu generującego znaczenia zastąpił McLuhanowski wewnętrzny projektor. W efekcie lektura przeobraziła się w intrygującą włóczęgę po „drogach i bezdrożach”, miastach, cudzych domostwach, lasach, ulicach, wsiach, metropoliach. W pewnym sensie stała się zabawą w wizualizację przestrzeni, którą poznajemy w trakcie czytania.

 

„Z dziennikiem na kolanach i z cygarem w ustach, urozmaicałem sobie czas czytaniem ogłoszeń – czytamy dalej – to znów obserwowaniem towarzystwa zebranego w kawiarni, wreszcie zerkaniem przez zaparowane szyby na ulicę”.

Nasz bohater filmuje więc sam siebie, przyznając mimochodem, że trwa w stanie lekkiego rozproszenia; poza tym kiedy spogląda przez okno, jego wzrok musi przebijać się przez zaparowane szyby. Obraz jest więc lekko poszatkowany (raz plener, raz wnętrze) i czasami przepuszczany przez jakiś miękki, naturalny filtr.

Czytelnik, chcąc nie chcąc, przechwytuje wzrok nadpobudliwego narratora i w ten sposób staje się świadkiem momentu, w którym coraz bardziej widowiskowy deptak zasysa niejako londyńskiego flanera. A słowo „zasysa” nie pojawia się tu bez powodu. Peter Ackroyd pisze, że tak właśnie Londyn oddziaływał na ludzi – jak „gigantyczne pole magnetyczne”.

„Z mego okna rozciągał się widok na ruchliwy londyński deptak, gdzie tłoczno było niemal przez cały dzień, lecz z nadchodzącym zmierzchem ciżba naraz zgęstniała – opowiada narrator. – Ludzki tłum przelewał się w świetle ulicznych latarni dwiema potężnymi falami. Nigdy przedtem o tej porze nie zajmowałem takiego stanowiska i na widok rozkołysanego morza ludzkich głów doznawałem uczuć rozkosznych właśnie z racji swej nowości. W końcu przestałem zważać na wnętrze hotelowej sali i bez reszty pochłonęła mnie kontemplacja sceny za oknem”.

Ackroyd, autor sł...

Pozostałe 70% treści dostępne jest tylko dla Prenumeratorów

Co zyskasz, kupując prenumeratę?
  • 6 wydań magazynu "Polonistyka"
  • Dostęp do wszystkich archiwalnych artykułów w wersji online
  • Możliwość pobrania materiałów dodatkowych
  • ...i wiele więcej!
Sprawdź

Przypisy