Dołącz do czytelników
Brak wyników

Książka na zakręcie

19 maja 2020

NR 36 (Maj 2020)

Ukryty impuls romantyczny

10

Współcześnie niechętnie mówimy o gatunkach literackich, bo jeśli się pojawiają, to zawsze w formie zmąconej, niepełnej. Albo są ironicznie rozsadzane, albo mocno przetwarzane, rzadko też są istotne. W poezji przepracowuje się cudze dykcje i poetyki, w prozie – różne odmiany powieści i nurty literackie. Także w ramach nowoczesnego przepracowania funkcjonuje dzisiaj ballada. 

Sprawdziły się do pewnego stopnia słowa Marii Janion o zmianie paradygmatu – przynajmniej jeśli chodzi o mody muzyczno-literackie: zniknął gdzieś w mrokach przełomu lat 80. i 90. romantyzm tyrtejski, walczący, a jego miejsce zajął romantyzm egzystencjalny, opierający się na innych tekstach, skojarzeniach i obrazach, choć ciągle zapożyczany spod pióra tych samych twórców. Nie ma dzisiaj zatem mody na Dziady cz. III, żarty o uczniach mylących Konrada z Kordianem przestały śmieszyć nauczycieli jakoś w okolicach wczesnej transformacji, za to dzisiaj świetnie się miewa zespół „Ballady i romanse” założony w 2005 r. przez siostry Barbarę i Zuzannę Wrońskie; w 2020 r. w Teatrze Słowackiego w Krakowie na nowo wystawia się Balladynę – ale w stylistyce łączącej gotyk z ekologią i feminizmem. („Czy walka o słuszne idee jest warta morderstwa? Balladyna Juliusza Słowackiego to opowieść o przejęciu władzy w obliczu końca świata. Świata, w którym jest zbyt późno na zaprowadzenie nowego porządku. 
To także opowieść o bliskości świata natury, który współcześnie upomina się o swoje pierwotne prawa mocniej niż kiedykolwiek wcześniej. To wreszcie opowieść o świecie kobiet, który doszedł do głosu w epoce, w której na wszystko jest już zbyt późno” – czytamy w opisie przedstawienia).
W dość zaskakujący sposób tradycja ballady, tego gatunku synkretycznego, przesiąka do prozy i poezji, pozwala wprowadzać rozpasanie formalne, niegotowość, zwichrowanie. Nie chodzi mi tu jednak o udawane niedopracowanie tekstu, ale raczej o połącznie stylizowanego nieuporządkowanego rozgadania z tematami niskimi lub bohaterami z dołów społecznych. Gdy pod tym kątem przyjrzymy się literaturze współczesnej, zobaczymy, że tradycja Villonowsko--Mickiewiczowska ciągle działa i właściwie ma się świetnie, bo pozwala wprowadzić tematy przyziemne, niskie, chłopskie, a jednocześnie nadaje im od razu, właśnie mocą swojej proweniencji, większą wartość, podnosi je niejako. Przeciwdziała satyrze i rubaszności, pozwala opowiadać o tym, co biedno-chłopskie w taki sposób, by ocalić kulturową obcość tych wątków, a nie umniejszać ich wagę.

Piachy Mazowsza i rozhasani przodkowie – Kaczorowski

W 2102 r. Aleksander Kaczorowski wydał zbiór tekstów zatytułowany Ballada o kapciach – dość zaskakujący zbiór jak na tego pisarza specjalizującego się w tematach czeskich, autora m.in. biografii Vaclava Havla. W Balladzie… Kaczorowski opowiada o historii swojej rodziny, pradziadkach, ich córkach, pobycie dziadków w obozach koncentracyjnych, młodości swoich rodziców, swoich poszukiwaniach żydowskich obywateli miast z rodzinnych terenów. Rozstrzał tematyczny tej książki jest olbrzymi, ale pozornie tylko to jest pomieszanie z poplątaniem, bo w gruncie rzeczy Kaczorowski ciągle pisze tutaj z uchem przy ziemi, skupiając się na najuboższych mieszkańcach Mazowsza. Opowiada o praszczurze swojej rodziny, Kaczorze, który w porywie fantazji dopisał sobie do nazwiska -ski. Opowiada o mazowieckiej biedzie i nieurodzaju, o tym, że to z tych terenów wywodziło się najwięcej szlachty zaściankowej (którą przedstawia jako płatnych i chętnych zrywaczy sejmów) – różniącej się od chłopów wyłącznie godłem i pamięcią rodzinną, bo na pewno nie zamożnością. To jest bardzo ciekawy projekt, takie opisywanie chłopskiej, a nie szlacheckiej genealogii, badanie rewersu polskiej historii. Przy czym Kaczorowski obojętnie odnosi się do warstw wyższych, nie ma w nim ani chłopskiego resentymentu, ani nostalgii i prób sentymentalnego ujmowania potwornej biedy. Świadomy różnych klisz klasowych, które sprawiają, że z reguły opisujemy warstwę szlachecką jako bohaterów pierwszoplanowych, a chłopów jako tło wydarzeń, odwraca tutaj ten porządek i na scenę wyprowadza siostry swojej babki, z których jedna uciekła przy pomocy żydowskiego arendarza za narzeczonym do Stanów Zjednoczonych, wbrew wyraźnej woli rodziców. Szydzi ze swojej prababki, która nie pozwoliła synowi ożenić się z córką Kupy, bo nie dość, że brzydkie nazwisko, to jeszcze pochodzenie niskie. 
Sam tytuł wprowadza już gatunek i dodaje do niego jeszcze temat: kapcie. Tytułowe kapcie otrzymuje babka od córki, która wyjechała za ocean do pracy, nosi je przez wiele lat, i jest to symbol zarówno córczanego uczucia, jak i matczynej oszczędności, a przede wszystkim chłopskiej ostrożności, uwagi na przedmioty (rozumianej tutaj jako odwrócenie szlacheckiej fantazji). Jego opowieść roi się od kobiet, to one w jakiś sposób nadają kierunek życiu, one także są strażniczkami pamięci. A pamięć jest szczególnie istotna, bo nie ma w oficjalnych dokumentach zbyt wielu napomknień o historii rodziny i autor skazany jest na własną pamięć i opowieści krewnych, które zawsze są chaotyczne, mylą się imiona i pokolenia, błędnie przyporządkowuje się krewnych do odgałęzień rodzinnych. Kaczorowski próbuje tutaj skonstruować jakąś formę gatunkową, która ma zrównoważyć gawędę szlachecką, wymyśla zatem balladę o wiejskiej rodzinie Kaczorów-Kaczorowskich, w której rytm mowy i pamięci wzajemnie się napędzają, a zdania wydłużają. Wątki pojedynczych historii przerywają inne opowieści, wtrącenia, nagłe zerwania, przepływy i wynurzenia porzuconych wcześniej w połowie opowieści. Taka narracja opiera się wyraźnie na balladowych korzeniach: udaje naśladowanie rytmu języka potocznego, jasno pokazuje, kim jest narrator, wprowadza ludowego bohatera. Ważna jest w niej dynamika opowiadania, nie można przynudzać. Artur Domosławski tak charakteryzował ten utwór: „Ballada o kapciach – jak to brzmi. Dziwo niezwykłe, a smaczne. Ni to autobiografia, ni wspomnienia, ni powieść – ni pies, ni wydra, jak mawiał klasyk. I w tej niejasności, nieokreśloności, poplątaniu, oryginalności – potężna siła tej ballady. Bo jakże inaczej opisać polską duchowość – rozwichrzoną i parafialną, megalomańską i zakompleksioną? Grzecznie już było, czas na chuliganerkę”. 
Typowa dla ballady fantastyczność tutaj zostaje przełamana dramatyczną nutą: bo w porządnej romantycznej balladzie jest jakiś duch, a tutaj są duchy żydowskich sąsiadów z Grodziska Mazowieckiego i Sochaczewa, szeregi pomordowanych, pogubionych Żydów. Kaczorowski nie jest jednak zwolennikiem takiej opowieści, w której cały ciężar odpowiedzialności za Holocaust przerzuca się na nazistów, a zagrożenie kończy się w maju 1945 r. Krewni z pokolenia dziadków ratują żydowskiego kolegę, nakazując mu ucieczkę razem z rodziną tuż po tym, jak wraca po wojennej tułaczce do domu. Zagrożenie stanowią bowiem raczej ci, którzy łakomie patrzą na żydowskie mienie. I nie ma niestety romantycznej sprawiedliwości i kary wymierzanej choćby zza grobu, w jej miejsce wchodzi raczej średniowieczna, Villonowska zaduma nad okrucieństwem człowieka i jego gotowością do zła. 
To, co wydaje mi się jednak dzisiaj w tej formule Kaczorowskiego najbardziej interesujące, to właśnie wykorzystanie romantycznego gatunku jako sposobu na ożywienie folkloru, wprowadzenie chłopskich treści, chłopskiego pochodzenia, wiejskich scen i światopoglądu. Dzięki temu widzimy jego opowieść jako pełnoprawnie istniejącą, intymną narrację o historii rodziny. Balladowy charakter uwalnia ją z uchwytu marksistowskiej klasowości, znosi smród biedy, anuluje współczucie czytelnika dla rodziny z 13 dzieci, a zatem pozwala autorowi uciec ze schematu opowiadania o dołach społecznych. 

Duchy nieurodzonych dzieci – Muszyński

O ile Kaczorowski w swojej reportersko-balladowej opowieści odchodzi od zwarcia klas, o tyle dzięki balladzie Andrzej Muszyński w swojej powieści je wydobywa. Jego najnowsza powieść, zatytułowana Bez. Ballada o Joannie i Władku z jurajskiej doliny, po raz kolejny odwołuje się do ulubionego obszaru autora, czyli Jury Krakowsko-Częstochowskiej. Muszyński ma niezwykły dar poruszania się poza głównymi duktami polskiej prozy, a jednocześnie eksplorowania takich obszarów, które ze społecznego punktu widzenia pozostają bardzo mało rozpoznane. W debiutanckiej Miedzy pokazywał wieś, która wstydzi się swojej tożsamości i próbuje się zamienić w urokliwe przedmieście za pomocą kostki bauma i sadzonek tui. W Fajrancie opisywał pracę zarobkową na emigracji ostatniego pokolenia wyjeżdżających, teraz – w Bez… powraca do wsi mrocznej i tajemniczej, takiej, jaką po raz pierwszy pokazał w Podkrzywdziu. O ile jednak tam w wiejskiej chałupie rodzina żyła pamięcią dziecka poronionego, pochowanego pod progiem domu, o tyle w najnowszej powieści chodzi o parę bez...

Pozostałe 70% treści dostępne jest tylko dla Prenumeratorów

Co zyskasz, kupując prenumeratę?
  • 6 wydań magazynu "Polonistyka"
  • Dostęp do wszystkich archiwalnych artykułów w wersji online
  • Możliwość pobrania materiałów dodatkowych
  • ...i wiele więcej!
Sprawdź

Przypisy