Dołącz do czytelników
Brak wyników

Książka na zakręcie

15 stycznia 2020

NR 34 (Styczeń 2020)

Stworzona jesteś mówić – współczesna poezja o miłości

0 9

Nie ma na co czekać i trzeba napisać od razu, że współczesna poezja, gdy dotyczy miłości, w gruncie rzeczy opowiada zawsze o czymś zupełnie innym. I nie chodzi tu tylko o rozszerzenie tematyki, to znaczy o przechodzenie od miłości do bólu rozstania, wierności, samotności czy śmierci. Nie. Chodzi raczej o walkę, która dokonuje się w wierszu miłosnym, walkę o uznanie lub zniesienie własnej podmiotowości, rozpuszczenie jej w kategoriach społecznych, ekonomicznych, genderowych, wspólnotowych.

Współczesnej poezji miłosnej daleko także do uniwersalizacji, to właściwie podstawowe uczucie, opisywane w poezji, służy dzisiaj raczej podkreślaniu odrębności, osobności, niezależności piszących. Miłość jako temat służy do odróżniania, a nie do podobieństwa. W powietrze wylatuje nie tylko tradycyjna metaforyka miłosna, która – jeśli w ogóle – powraca zawsze na zasadzie ironii, świadomie stosowanego kiczu, lecz także sama konwencja opowiadania o uczuciu. Autorkom dodatkowo zaś towarzyszy pragnienie buntu wynikające ze świadomości, że poezja miłosna to raczej poezja kobieca lub dla kobiet, spychająca je do jakiejś niszy. Dlatego jeśli korzystają one z konwencji miłosnej, to głównie po to, by ją zanegować, rozbić lub chociaż walczyć za jej pomocą o zupełnie inną rolę, o prawo do samostanowienia. Współcześnie żadna z poetek nie ustawia się na serio w pozycji obiektu uczuć. To trochę tak, jakby Madonna Laura Żywa – bohaterka wczesnorenesansowych sonetów – wzięła do ręki pióro i opisała Petrarkę. 

Janiak, czyli Laura z browarem

Kamila Janiak podejmuje i wykrzywia konwencjonalny obrazek: 

Ja biegłam już do ciebie, w białej koszuli, potargana, różowa,
Bez majtek, żeby jak na filmach kochać się na łące, 

A ty stałeś w miejscu, pod stodołą – co piłeś? goude, browar
Colę? yyy, browar wolę – i cierpliwie tkałeś lebensraum,
(…) gdy tymczasem ja również browar wolę, kochany!

W jej poezji element konwencjonalny pochodzi nie z poezji miłosnej, ale raczej z kultury masowej. Mało kogo obchodzi dzisiaj Poświatowska – ona, podobnie jak Małgorzata Hillar – jest wzorem poezji miłosnej, ale dla twórców epigońskich, naśladujących cudze języki, gotowe dykcje (tak samo jak drugorzędni poeci naśladują metafizyczny model księdza Twardowskiego albo brutalną frazę Tadeusza Różewicza). Miłość we współczesnej poezji to raczej kicz kultury popularnej, a wysiłek twórczy polega na tym, by uwolnić uczucie od utartych schematów, sentymentalnego sztafażu, różowych serc itp. W zwęglonej jantar Janiak szydzi zatem, wprowadzając kochankę w koszuli, w biegu i na łące. Rozsadza ten obraz, jego pozorną słodkość, przedstawiając kochanka z „browarem” pod stodołą. Nie o zderzenie konwencji tu jednak chodzi, a o wybicie się na niepodległość, przejęcie głosu, równouprawnienie: „ja też wolę browar” – mówi ta nieromantyczna kochanka, i wiemy już, że nie pozwoli się ona obsadzić w roli obiektu uczuć, że pisanie o miłości jest tu przejmowaniem władzy, ustanawianiem siebie.

W innym wierszu z tego tomu daje Janiak scenę miłosnej tęsknoty i rozstania, ale buduje ją w sposób, który odziera miłość z romantyzmu, pozostawia jedynie biologiczny detal, naturalistyczny brud:

boję się, że jeżeli nie zostawisz żadnej rzeczy, 
będę szukać w śmieciach i w zlewie resztek,

w łazience szukać twoich włosów
w odpływie wanny, na skrawkach mydła. 

Znowu napięcie buduje się dzięki znajomości konwencji wypowiedzi miłosnej. Pojawiają się włosy ukochanego – tradycyjny element sztafażu miłosnego. Tylko że tutaj to są resztki w śmieciach, oślizgłe, konieczne do posprzątania odpady ciała. Łazienka nie jest przestrzenią seksu i miłosnych uniesień, ale powierzchnią do posprzątania. Taki naturalistyczny odwrót pozwala ocalić od skostniałej, skonwencjonalizowanej wypowiedzi bez znaczenia, a jednocześnie znów przenosi nas w sferę sfeminizowaną, bo sprzątanie, wycieranie, mycie to tradycyjnie typowo kobiecy obowiązek. Porzucona kochanka, snująca się po mieszkaniu, wydłubująca ze śmieci resztki męskiej obecności, odsyła nas w stronę rozpaczy, przygnębienia, bezwolności wynikającej z rozstania. Ale wiemy też, że w końcu jednak domyje umywalkę po włosach kochanka. 

Podgórnik, czyli królowa nie chce już kochać

Konwencję miłosnego wyznania i rolę kochanki współcześnie najlepiej rozpracowuje jednak Marta Podgórnik, która nie ma wcale ambicji walki o inną rolę kobiety w literaturze, bo chce dużo więcej: chce zaistnieć w poezji jako takiej, bezprzymiotnikowej, ma jednak świadomość walki płci, zwróconej przeciwko kobietom tradycji literatury: 

nie napiszę
tych paru dobrych wierszy,
bo już je napisali chłopcy

– deklarowała w tomie z 2004 r., jako 25-letnia poetka. Podgórnik wykonuje zatem w wierszach dwie czynności równocześnie: tworzy nowy język poezji miłosnej i używa tej konwencji miłosnej, konwencji wyznania osobistego, by ją przezwyciężyć, rozsadzić. Choć jej bohaterka najczęściej opowiada o miłosnych klęskach, związkach, uczuciach i na poziomie zdania ujawnia się często jako ofiara niespełnienia, zawodu, czyjegoś okrucieństwa, to nie mężczyźni są bohaterami jej wierszy, ale właśnie ona sama. Na imionach swych literackich kochanków Podgórnik walczy i zwycięża, ustawia swobodnie swój głos, wybija się na niepodległość poetycką. Próbując wyjść poza język miłości romantycznej i język miłości spełnionej, produktywnej i społecznie użytecznej, Podgórnik wybiera figurę kobiety doświadczonej, kobiety po przejściach, bo taka postać pozwala jej nie tylko zabrać głos na równi z męskim, lecz także odmienić proporcje: imiona kochanków, hotele, spotkania i rozstania układają się tu w kobiecą historię, stanowią przypisy do jej literackiej biografii. Można oczywiście napisać, że Podgórnik tworzy obraz miłości nieszczęśliwej i niespełnionej, a jednocześnie niemożliwej w ogóle do spełniania, ale byłoby to trywializowanie jej twórczości, cel jest bowiem zdecydowanie większy: takie opisanie siebie, które nie byłoby jednocześnie odsłanianiem, przedstawienie maksymalnie dalekie od osądzania, wyzwolenie spod ocen moralnych przypisujących kobietom mniejsze pole swobody niż mężczyznom. 

Bohaterka powracająca w kolejnych tomach Podgórnik nie pragnie stabilizacji, spełnienia w związku, odrzuca je jako zawężające jej wolność, spychające w życiowy schemat:

w pół roku sypiania w kółko z tym samym facetem
zostałam z tyłu jeśli chodzi o rozwój swych intymnych
technik co gorsza zaczęłam roić jakieś białe domki. 

wypadłam z obiegu, omijałam rauty, a teraz, kurwa, 
nie mam o czym pisać. a młodość już nie taka
i już inne damy zapewniają sobie szybki skok na łamy
co gorsza beztalencia

Życiowa stabilizacja, jak widać z powyższego wiersza, jest też zła dla sztuki, osłabia warsztat – autoironicznie stwierdza poetka, podejmując jednocześnie grę, bo tom, w którym padają te słowa, to wiersz mały nostradamus ze zbioru Paradiso – należy do najlepszych książek poetyckich po 1989 r. 

Miłość u Podgórnik dokonuje się zawsze w takich samych dekoracjach: hotelach, festiwalach literackich, pociągach, na spotkaniach autorskich, dotyczy tych samych kolegów, którzy czasem pojawiają się pod imieniem lub inicjałem, ale w gruncie rzeczy są drugorzędni, bo zawsze ważniejsza jest bohaterka. Ona zaś operuje najczęściej liczbą mnogą, wyliczając lub grupując kochanków, z kolejnych relacji wyciągając podsumowania – to w ramach takiej autoanalizy rodzi się dystans, ale też wzmacnia się głos samej postaci kobiecej. W jej opowieści pojawia się cel główny – ustanowienie własnego poetyckiego głosu, wejście na szczyt, na poetyckie podium, ale jednocześnie towarzyszy mu potrzeba bliskości, miłości, więzi. Ta zaś raz jest wyszydzana, raz ujawniana ekshibicjonistycznym gestem. Ważne jest jednak i to, że poezja Podgórnik nie nadaje się do lektury według klucza biograficznego, bo nie o życie uczuciowe Marty Podgórnik tutaj chodzi. Buduje ona pewną bohaterkę, której nadaje swoje cechy: najpierw świetnie przyjęty debiut, potem stopniowo – przesuwanie się w wiek dojrzały, opowieść o samotności, melancholii, „zamawianiu papierosów przez telefon i nieodbieraniu telefonów”. Jej bohaterka jest jednocześnie w miłości silna i słaba, z goryczą wspomina bezosobowy seks w pokoju pani księgowej:

Wychodzi się po nas na stację, zabiera do restauracji, potem do domu kultury, na pięterko, do pani księgowej. Już sami nie wiemy, czy czujemy się bardziej zmęczeni, zażenowani, czy winni.

Ale jednocześnie odrzuca mieszczańskie konwencje miłosne, utarty sposób budowania związku i opowiadania o miłości, bo nie tylko „biały domek” jest tutaj synonimem stagnacji i nieszczęścia, pewnego rodzaju śmierci, ale też i aborcja zostaje przedstawiona jako odwrócenie narodzin:

Kiedy robiłam skrobankę, chodził w tę i z powrotem. 
Podobno po zabiegu straciłam przytomność;
upierał się, że będzie prowadził. 

Robert, czyli ojciec

...

Pozostałe 70% treści dostępne jest tylko dla Prenumeratorów

Co zyskasz, kupując prenumeratę?
  • 6 wydań magazynu "Polonistyka"
  • Dostęp do wszystkich archiwalnych artykułów w wersji online
  • Możliwość pobrania materiałów dodatkowych
  • ...i wiele więcej!
Sprawdź

Przypisy