Dołącz do czytelników
Brak wyników

Książka na zakręcie

12 grudnia 2017

NR 14 (Wrzesień 2016)

Skandal, czyli gra w oburzenie

0 95

Skandal – tylko wybuch

We współczesnym świecie literackim skandal powinniśmy rozumieć przede wszystkim jako zakłócenie porozumienia, jako rodzaj zgrzytu w procesie komunikacyjnym. Ktoś, kto mówi lub pisze, zwraca się zawsze do określonej grupy odbiorców, pragnie przekazać im wiedzę o zdarzeniach. Piotr Michałowski charakteryzuje skandal jako przeciwieństwo stereotypu, bo stereotypowe przedstawienie nie zmienia w żaden sposób naszej wiedzy (Michałowski nazywa takie zjawisko „przekazywaniem wiedzy zerowej”), tymczasem skandal dąży do maksymalnej zmiany naszej wiedzy, przekazania wiadomości całkowicie nowych, innowacyjnych, rewelacyjnych. Ważne jest jednak i to, że o ile stereotyp trwa, o tyle skandal żyje wyłącznie w krótkotrwałym wybuchu, traci swą siłę wraz z czasem. Moc skandalu szybko ulega osłabieniu i po kilku latach od jego wybuchu nie pamiętamy już dokładnie jego okoliczności ani konsekwencji. Skandal może więc wyłącznie istnieć jako zaskoczenie, które ze swej natury jest krótkotrwałe. 

To skandal!

To publiczność czytająca wytwarza skandal, nigdy sam autor, twórca komunikatu. Nie jest ważne, jakie intencje ma autor, czy chce zaszokować czytelnika, czy też uznaje sam swój utwór za tradycyjny. Skandal rodzi się, gdy odbiorca bierze do ręki książkę i woła: „To skandal!”. Czasem więc mamy do czynienia ze skandalem z przypadku, częściej raczej ze skandalem wykreowanym, z tekstem, którego autor z premedytacją łamie normy etyczne i artystyczne, występuje przeciwko naszym wyobrażeniom, miesza sacrum z profanum. Nieważna jest jednak jego intencja, a rezultat – czyli reakcja czytelnika. W dzisiejszym świecie nie sposób właściwie wywołać skandalu o charakterze wyłącznie artystycznym. Łatwo za to obrazić uczucia religijne publiczności i to chyba najczęstszy przypadek skandalizowania w Polsce. Przewrócona figura papieża, posąg Chrystusa z szalikiem klubu sportowego – oto proste przykłady, skandale łatwo wybuchające i stosunkowo szybko odchodzące w niepamięć. Znów powołam się na Piotra Michałowskiego, który pisze, że w świecie, w którym wszystkie normy zostały przekroczone, czeka nas tylko nuda powtórek. 

Cel – podtrzymanie skandalu

Skandal, który tylko obraża, skandal, z którego nie wyciągamy żadnych wniosków, jest wydarzeniem bez sensu, zaskoczenie znika, zakłócony proces komunikacyjny wraca do normy, zgorszeni czytelnicy po jakimś czasie chowają transparenty i wracają na kanapy. Ważny jest taki skandal, który nie tylko obraża, ale przede wszystkim „szarpie wnętrznościami”, zadaje pytania i pozostawia nas z nimi, wskazuje wyraźnie puste pola w obszarze naszej świadomości. Taki skandal najczęściej ma charakter światopoglądowo-aksjologiczny, uderza w nasze świętości, ale nie tylko te religijne. Autor, który w swojej powieści realizuje ten rodzaj skandalu, musi znać najbardziej bolesne miejsca naszej kultury, rozpoznawać nastroje, by wiedzieć dokładnie, w który punkt uderzyć. Jakie elementy spiąć ze sobą, by powstawał dysonans, który doprowadzi czytelnika do furii, wytrąci go z poznawczych kolein. 

Jeśli chcemy wykreować skandal, naszym celem nie jest li tylko jego wywołanie, ale przede wszystkim podtrzymanie, przedłużenie bitwy na polu literackim, gra z czytelnikami w oburzenie i aprobatę. To zaś udaje się szalenie rzadko. 

Praworządność jako skandal

Czasem pojawia się taki właśnie skandal smakowity, skandal porządny, długotrwały i obfitujący w debaty. W 2006 roku książką, która wywołała lawinę sprzecznych komentarzy, zgorszenie i uwielbienie czytelników były we Francji Les Bienveillantes Jonathana Littella. W 2008 roku ukazały się one po polsku jako Łaskawe – gdy wychodziło jednak polskie tłumaczenie, była to już książka ciesząca się sporą sławą, szokująca, bestsellerowa, nagrodzona Goncourtami, czyli najważniejszą francuską nagrodą literacką, a jednocześnie potwornie mocno skrytykowana
w Niemczech. 

Littell napisał ponad tysiącstronicową powieść o Maksie Aue – finezyjnym intelektualiście i mordercy, gorliwym urzędniku III Rzeszy. Aue przechodzi całą kampanię wschodnią aż do Stalingradu, ale nie w strukturach Wehrmachtu, lecz SD. Bierze zatem udział w masakrach i egzekucjach, dobija rannych w wąwozach Babiego Jaru, wizytuje obozy koncentracyjne, uczestniczy w zdobywaniu Stalingradu. Littell wychodzi od stereotypu, który znamy: jego bohaterem staje się doktor prawa, człowiek inteligentny, światowy, niewierzący Hitlerowi, ale oddany państwu i prawu. Jest to więc taki rodzaj nazistowskiego urzędnika, jaki kultura reprodukuje już od dawna, nie ma on w sobie nic z bestii, socjopaty. Doskonale zna normy moralne, ale też uznaje je za drugorzędne wobec idei państwowych. Gardzi zezwierzęceniem szeregowych esesmanów, a jednocześnie dobrowolnie wybiera pozycję kata, oprawcy, uczestnika i świadka najstraszniejszych nazistowskich zbrodni. Jego idée fixe jest całkowita profesjonalizacja procesu mordowania – z oburzeniem wyrzuca z Babiego Jaru szeregowych żołnierzy, którzy pod wpływem szaleństwa strzelają na chybił trafił do ofiar. Pisze donos na oficera, który pobił Żyda na ulicy. Pragnie bowiem, by zabijanie było pracą spełnianą na chłodno, bez emocji, porządnie i wydajnie. Nie ma w niej miejsca na napady obłędu, alkohol, furię – to nie wypada państwowym urzędnikom realizującym politykę Rzeszy. Nie kradnie dla siebie, nie gwałci, nie upija się ani nie nagina prawa. Bierze udział w grabieży, ale tej organizowanej przez państwo, dla dobra Rzeszy. Pomaga więźniom obozów koncentracyjnych, ale dlatego...

Pozostałe 70% treści dostępne jest tylko dla Prenumeratorów

Co zyskasz, kupując prenumeratę?
  • 6 wydań magazynu "Polonistyka"
  • Dostęp do wszystkich archiwalnych artykułów w wersji online
  • Możliwość pobrania materiałów dodatkowych
  • ...i wiele więcej!
Sprawdź

Przypisy