Dołącz do czytelników
Brak wyników

Wielka księga zastępstw

6 grudnia 2017

NR 10 (Styczeń 2016)

Praca u podstaw świata

0 250

Zaczyna się tak: Idziesz do przedszkola i tam ci mówią, że czytanie książek jest pożyteczne, rozwija wyobraźnię i wzbogaca. Czytają ci coś o misiach – jest miło. Potem w pierwszych klasach szkoły podstawowej powtarzają ci – w zasadzie – to samo, robisz nawet projekt multimedialny Książka najlepszym przyjacielem – a równocześnie zmuszają cię do czytania o psie, który jeździł koleją. Trochę nudno, ale jeszcze do przeżycia. A później zostajesz gimnazjalistą i licealistą, zaczynasz czytać prawdziwe dorosłe książki i okazuje się, że pisali je głównie nieżyjący Polacy.
 

W zasadzie nie ma pisarzy żyjących (czyli pisarstwo to jest jakiś martwy zawód), w zasadzie nie ma pisarzy niepolskich (czyli to jest jakaś lokalna bzdura), w zasadzie nie ma tu kobiet (i właśnie dlatego mężczyźni czytają później o wiele mniej niż kobiety). Jest Sienkiewicz. Jest Żeromski. Jest Prus. Jest Reymont. 
I tak w kółko.

Aha, mówisz, wszystko jasne. Jeśli to jest ta cała literatura, to ja przepraszam, nie rozwija, nie wzbogaca, dziękuję uprzejmie, nie chcę mieć z tym nigdy więcej nic wspólnego. Kończysz szkołę. Idziesz w świat. Przez resztę życia czytasz pół książki rocznie. 

Przypominam sobie swoje własne batalie toczone z polonistką w liceum. Z polskiego nigdy nie wyszedłem ponad tróję – nie przeczytałem na czas Nad Niemnem, Chłopów ani Ludzi bezdomnych. Na lekcjach czytałem pod ławką Cortazara, Vargasa Llosę, Salingera, Millera, Sontag, Kunderę. „Czyta na lekcji języka polskiego” – taką uwagę mi kiedyś wpisano. A przecież wystarczyłoby wyciągnąć te książki spod ławki, dać sobie spokój z Orzeszkową i przeczytać z uczniami Wilka stepowego, Sto lat samotności albo Imię róży. Wystarczyłoby w dusznym pomieszczeniu nieco przewietrzyć.

Zdaję sobie sprawę, że szkoła jest miejscem, gdzie nie można uchylić lufcika, aby zaraz ktoś nie zaczął krzyczeć o szkodliwości przeciągów. A przecież niejednokrotnie dręcząc uczniów niezrozumiałymi ramotami, nie wpajamy im umiłowania ojczystej tradycji literackiej, a raczej ją obrzydzamy; nie uczymy pięknej polszczyzny, raczej pokazujemy ją jako twór sztuczny, nieprzystający do rzeczywistości. Pora pokazać uczniom, że literatura istotnie rozwija i wzbogaca. Że książki pisano i nadal się pisze nie tylko w Polsce. Że niektórzy pisarze jeszcze żyją. Że istnieją na świecie również i pisarki! Czas otworzyć szeroko okna. 

Na dobry początek wykreślamy z listy „wybraną nowelę pozytywistyczną” i zastępujemy ją powieścią Rachuba świata niemieckiego pisarza

Daniela Kehlmanna (rocznik 1975). Nie zabraknie w niej dekoracji minionej epoki, bo tym razem – paradoksalnie – to sama epoka jest sytuacją egzystencjalną. Epoka, a raczej styk dwóch epok. 
No dobrze. To przynajmniej postawmy ją obok „wybranej noweli pozytywistycznej”.
Kehlmann zabiera czytelników na przełom wieku osiemnastego i dziewiętnastego, by ukazać życie dwóch wizjonerów – genialnego matematyka Carla Gaussa oraz wielkiego przyrodnika Alexandra von Humboldta. A chociaż żyli oni kilkadziesiąt lat przed pozytywizmem, to właśnie w tym momencie rodzą się idee, które później legną u podstaw tego prądu umysłowego. Dokonania i spostrzeżenia garstki ludzi wybitnych – Gaussów i Humboldtów – zawsze o dekady poprzedzają rozpowszechnienie ich pośród elity intelektualnej (Prusów i Sienkiewiczów), a dalszych dekad i stuleci trzeba, aby dotarły one do ogółu ludzkości. Rachuba świata pokazuje więc nie tyle rodzący się pozytywizm – bo ten ujrzy światło dzienne dopiero kilkadziesiąt lat później od czasu akcji powieści – co raczej jego niezbędne przygotowanie, kładzenie pierwszych podwalin pod przyszły gmach nowej, racjonalnej, naukowej Europy. Żeby Comte mógł analizować i hierarchizować poszczególne dziedziny nauki, trzeba było najpierw te dziedziny rozwinąć, a niekiedy zwyczajnie stworzyć.

Początek wieku dziewiętnastego jest momentem, kiedy możliwości techniczne zaczęły pozwalać na empiryczną eksplorację świata, na opisanie go, porachowanie, a w efekcie zrozumienie. Oprócz realnych dokonań naukowych być może najważniejsze było rozpowszechniające się przekonanie, że dalsze odkrycia są tylko kwestią czasu, że postęp wiedzy będzie nieustannie rósł, ciągnąc za sobą postęp społeczny i polityczny. Ludzkość stopniowo zaczęła dochodzić do przeświadczenia, że chociaż nie wszystko jeszcze wie, to wszystko już może wiedzieć i prędzej czy później wszystkiego się dowie, wszystko usystematyzuje, wszystko lepiej urządzi. To przekonanie, to „pozytywne” spojrzenie na prawa przyrody i prawa społeczne będzie później przesycać każdą stronę dowolnej noweli Prusa czy Orzeszkowej. Może nie wszystko jeszcze wiemy i nie wszystko adekwatnie urządziliśmy, ale prędzej czy później dowiemy się i urządzimy.

Bohaterowie Kehlmanna w porównaniu z bohaterami polskiej nowelistyki pozytywistycznej pracują u  podstaw o wiele głębszych – u podstaw świata po prostu. Gauss jest matematykiem, człowiekiem teorii, niestroniącym jednak od spraw praktycznych, przede wszystkim astronomii. Humboldt jest człowiekiem czynu – jego ambicją jest przemierzyć cały świat, opisać go, sklasyfikować i wymierzyć – ale każda jego wyprawa ma głębokie zakorzenienie w rozległej wiedzy teoretycznej. Kehlmann zręcznie wykorzystuje różnice charakterologiczne między nimi, które służą rozwojowi powieści – równocześnie jednak pokazując to, co ich łączy. Teoria i praktyka są tym samym. Wszystkie gałęzie wiedzy łączą się ze sob...

Pozostałe 70% treści dostępne jest tylko dla Prenumeratorów

Co zyskasz, kupując prenumeratę?
  • 6 wydań magazynu "Polonistyka"
  • Dostęp do wszystkich archiwalnych artykułów w wersji online
  • Możliwość pobrania materiałów dodatkowych
  • ...i wiele więcej!
Sprawdź

Przypisy