Dołącz do czytelników
Brak wyników

Wielka księga zastępstw

6 grudnia 2017

NR 10 (Styczeń 2016)

Praca u podstaw świata

0 34

Zaczyna się tak: Idziesz do przedszkola i tam ci mówią, że czytanie książek jest pożyteczne, rozwija wyobraźnię i wzbogaca. Czytają ci coś o misiach – jest miło. Potem w pierwszych klasach szkoły podstawowej powtarzają ci – w zasadzie – to samo, robisz nawet projekt multimedialny Książka najlepszym przyjacielem – a równocześnie zmuszają cię do czytania o psie, który jeździł koleją. Trochę nudno, ale jeszcze do przeżycia. A później zostajesz gimnazjalistą i licealistą, zaczynasz czytać prawdziwe dorosłe książki i okazuje się, że pisali je głównie nieżyjący Polacy.
 

W zasadzie nie ma pisarzy żyjących (czyli pisarstwo to jest jakiś martwy zawód), w zasadzie nie ma pisarzy niepolskich (czyli to jest jakaś lokalna bzdura), w zasadzie nie ma tu kobiet (i właśnie dlatego mężczyźni czytają później o wiele mniej niż kobiety). Jest Sienkiewicz. Jest Żeromski. Jest Prus. Jest Reymont. 
I tak w kółko.

Aha, mówisz, wszystko jasne. Jeśli to jest ta cała literatura, to ja przepraszam, nie rozwija, nie wzbogaca, dziękuję uprzejmie, nie chcę mieć z tym nigdy więcej nic wspólnego. Kończysz szkołę. Idziesz w świat. Przez resztę życia czytasz pół książki rocznie. 

Przypominam sobie swoje własne batalie toczone z polonistką w liceum. Z polskiego nigdy nie wyszedłem ponad tróję – nie przeczytałem na czas Nad Niemnem, Chłopów ani Ludzi bezdomnych. Na lekcjach czytałem pod ławką Cortazara, Vargasa Llosę, Salingera, Millera, Sontag, Kunderę. „Czyta na lekcji języka polskiego” – taką uwagę mi kiedyś wpisano. A przecież wystarczyłoby wyciągnąć te książki spod ławki, dać sobie spokój z Orzeszkową i przeczytać z uczniami Wilka stepowego, Sto lat samotności albo Imię róży. Wystarczyłoby w dusznym pomieszczeniu nieco przewietrzyć.

Zdaję sobie sprawę, że szkoła jest miejscem, gdzie nie można uchylić lufcika, aby zaraz ktoś nie zaczął krzyczeć o szkodliwości przeciągów. A przecież niejednokrotnie dręcząc uczniów niezrozumiałymi ramotami, nie wpajamy im umiłowania ojczystej tradycji literackiej, a raczej ją obrzydzamy; nie uczymy pięknej polszczyzny, raczej pokazujemy ją jako twór sztuczny, nieprzystający do rzeczywistości. Pora pokazać uczniom, że literatura istotnie rozwija i wzbogaca. Że książki pisano i nadal się pisze nie tylko w Polsce. Że niektórzy pisarze jeszcze żyją. Że istnieją na świecie również i pisarki! Czas otworzyć szeroko okna. 

Na dobry początek wykreślamy z listy „wybraną nowelę pozytywistyczną” i zastępujemy ją powieścią Rachuba świata niemieckiego pisarza

Daniela Kehlmanna (rocznik 1975). Nie zabraknie w niej dekoracji minionej epoki, bo tym razem – paradoksalnie – to sama epoka jest sytuacją egzystencjalną. Epoka, a raczej styk dwóch epok. 
No dobrze. To przynajmniej postawmy ją obok „wybranej noweli pozytywistycznej”.
Kehlmann zabiera czytelników na przełom wieku osiemnastego i dziewiętnastego, by ukazać życie dwóch wizjonerów – genialnego matematyka Carla Gaussa oraz wielkiego przyrodnika Alexandra von Humboldta. A chociaż żyli oni kilkadziesiąt lat przed pozytywizmem, to właśnie w tym momencie rodzą się idee, które później legną u podstaw tego prądu umysłowego. Dokonania i spostrzeżenia garstki ludzi wybitnych – Gaussów i Humboldtów – zawsze o dekady poprzedzają rozpowszechnienie ich pośród elity intelektualnej (Prusów i Sienkiewiczów), a dalszych dekad i stuleci trzeba, aby dotarły one do ogółu ludzkości. Rachuba świata pokazuje więc nie tyle rodzący się pozytywizm – bo ten ujrzy światło dzienne do...

Pozostałe 70% treści dostępne jest tylko dla Prenumeratorów

Co zyskasz, kupując prenumeratę?
  • 6 wydań magazynu "Polonistyka"
  • Dostęp do wszystkich archiwalnych artykułów w wersji online
  • Możliwość pobrania materiałów dodatkowych
  • ...i wiele więcej!
Sprawdź

Przypisy