Dołącz do czytelników
Brak wyników

Książka na zakręcie

12 marca 2020

NR 35 (Marzec 2020)

Nowa „Oda do młodości”

84

Pod koniec 2019 r. najgłośniejszą sprawą dotyczącą życia polskich nastolatków była „Patointeligencja” Maty, czyli piosenka oraz teledysk bardzo młodego rapera, która w krótkim czasie osiągnęła kilka milionów odsłon w Internecie. Dawno już chyba media tak łapczywie nie rzuciły się na żaden temat z młodzieżą związany, zwłaszcza że ten można było powiązać z polityką ze względu na nazwisko rodzinne Maty i postać jego ojca Marcina Matczaka – profesora UW i radcy prawnego, komentatora związanego z opozycją.

Gotowe definicje i łatwe schematy

W mediach rozpisywano się nad tym, czy „Patointeligencja” jest groteskowym przerysowaniem, czy też mówi prawdę o życiu nastolatków, na ile należy Macie wierzyć. Zachwyty nad brutalnym autentyzmem tekstu mieszały się z próbami dyskredytacji rapera, podkreślano, że jego bunt – wyrażany wprost i za pomocą wielu wulgaryzmów – jest w domu aprobowany, że ojciec wymyślił mu muzyczny pseudonim i pomógł wynegocjować umowę z wytwórnią muzyczną, sam zawoził go do studia nagraniowego. To, co mnie jednak najbardziej interesuje – i co w jakiś sposób kompromituje kulturę dorosłych, a nie polskiej współczesnej młodzieży – to widoczna w tych wszystkich komentarzach medialnych potrzeba szybkiego podsumowania. Zarzucamy młodym, że chcą gotowych definicji, wolą ściągi i skrypty od całości tekstu. Okazuje się jednak, że my, dorośli, też lubimy skrót i wyciąg. Próbujemy ustalić, czy „Patointeligencja” to manifest pokoleniowy, albo raczej do jakiego stopnia jest to manifest. Czy diagnozy, które stawia Mata, a umówmy się, brzmią raczej niepokojąco, są słuszne i jak dużego odsetka młodzieży dotyczą? Wedle tej samej potrzeby intepretowano film Jana Komasy z 2011 r. „Sala samobójców”, a wcześniej „Galerianki” Katarzyny Rosłaniec z 2009 r. Obserwuję tutaj dziwny rodzaj schizofrenii świata dorosłych: jesteśmy rodzicami, materiał badawczy snuje nam się po domu, ale wolimy wyciągać wnioski z tego, co dostarcza nam kultura, co trafia do nas jako przetworzony artystycznie obraz. Udziela nam się histeria coraz bardziej prymitywnych polskich mediów: po filmie Rosłaniec pytano, czy wszystkie gimnazjalistki to galerianki, po filmie Komasy rozważano, jak duży jest odsetek samobójców lub młodych z tendencjami autodestruktywnymi. Mylimy artystyczne wyobrażenie z badaniem socjologicznym, uznając, że metafora, rodzaj wyolbrzymienia, jaki ma miejsce w tych tekstach kultury, to prosta, autentyczna i naukowa diagnoza całej grupy społecznej.  
Mata nie ukrywa, że w „Patointeligencji” opowiada o doświadczeniu klasowym i pokoleniowym zarazem i ważne tu jest tło: najpierw dziedziniec elitarnego warszawskiego liceum, później podziemny garaż, w końcu salon empirowy z chłopcami w garniturach. Nie jest to rap z blokowisk, a on sam śpiewa wyraźnie „nigdy nie chciałem być biały i zawsze chciałem być gangsta”. Z jednej strony mamy zatem młodzież uprzywilejowaną, bo „ziomy”, o których rapuje Mata, mają co prawda przedłużający się kontakt z narkotykami, ale jednocześnie idą do Oxfordu, jeżdżą na festiwale muzyczne, walczą o elitarne stypendia. Z drugiej strony rozciąga się, jeśli chodzi o polski hip-hop, właśnie ta fetyszyzowana przez Matę jako przestrzeń prawdziwego życia – kraina blokowisk, rozumiana tutaj jednak jako gangsterka i patologia. No ale matematyka i statystyka jednak mówią, że obie te przestrzenie wyznaczają doświadczenia skrajne, a między nimi pozostaje zupełnie nieopisana przeciętna polska średnia. 
Uderza mnie bardzo mocno, używane przez wielu komentatorów, określenie „bananowa młodzież”, służące tutaj klasyfikacji klasowej. Dziennikarze i felietoniści zapominają chyba, że miano to powstało w epoce gomułkowskiej i miało służyć dyskredytacji nowego zbuntowanego pokolenia, którego przywódcy w dużym stopniu rekrutowali się spośród dzieci elity partyjnej, krytycznie nastawionych do działań rodziców. W pierwszych użyciach tego określenia chodziło o wywołanie konfliktu między potomkami establishmentu oraz dziećmi robotników i pracującej inteligencji, które mogłyby podążyć za „komandosami”. „Bananowa młodzież” to w latach 60. XX wieku młodzież uprzywilejowana, oderwana od rzeczywistości, żyjąca pod kloszem, naiwna, rozimprezowana, nieodpowiedzialna i nieświadoma prawdziwych trudów życia. Gomułkowska propaganda używała tego określenia, by zasugerować także, że „bananowa młodzież” żyje kosztem wysiłku robotników, że to generacja krwiopijców albo pijawek tuczących się na zdrowym ciele polskiego społeczeństwa. Dlatego właśnie wydaje mi się, że używanie tego określenia dzisiaj jest głęboko niesprawiedliwe, umniejsza bowiem pozycję i dorobek klasy średniej, spycha ją znów do pozycji pasożyta. Powtarza stereotyp o jej życiu kosztem czyjejś krzywdy – to przekonanie cieszy się w Polsce niesłabnącą popularnością, choć od 30 lat żyjemy już w zupełnie innym ustroju. Niektóre mity klasowe okazują się nadzwyczaj trwałe.  
Jeśli zaś ze słów Maty wynika jakiś obiektywny, niepodważalny wniosek, to z pewnością dotyczy on tego, że życie pod kloszem, w przestrzeni, którą wyznaczają „katolickie przedszkola, strzeżone osiedla, dodatkowe zajęcia”, też jest życiem prawdziwym, że rodzicielskie pragnienie, by zaoszczędzić właśnie trudów życia prowadzi do wyizolowania społecznego i głębokiego poczucia dryfowania: „zacząłem robić te rapy, bo już miałem dość tego piękna i ciepła”. 

Netflix jako źródło życia

Z całego szumu otaczającego „Patointeligencję” można wysnuć jeszcze inny wątek: pytanie o to, z czym się identyfikują współczesne nastolatki. W jaki sposób budują swoją tożsamość i z jakich elementów powstaje ten fundament? Obawiam się, że cała konstrukcja nie dokonuje się – jak było w przypadku poprzednich pokoleń – poprzez lekturę czegokolwiek. Literatura traktowana jest przez polskie społeczeństwo, o czym tutaj już pisałam wielokrotnie, jako sposób na zdobycie wiedzy i wykształcenia, środek konieczny do osiągnięcia sukcesu, a nie dziedzina sztuki, narzędzie do budowania świadomości i wrażliwości. Wykształceni dorośli pilnują, by czytać dzieciom, później pilnują, by dzieci same czytały: o tym, jakie sposoby motywowania do czytania stosuje się w różnych domach, można by było napisać z dziesięć felietonów. Aktywność fizyczna, dodatkowe zajęcia językowe, książka – rodzice wiedzą, że muszą ich dostarczyć potomstwu do „prawidłowego” rozwoju. Dzieci dobrze rozumieją to konsumpcyjne podejście do literatury i to nie w niej poszukują odpowiedzi na zasadnicze pytania, zwłaszcza że produkcje serialowe dużo szybciej reagują na zmieniające się potrzeby nastolatków, zaspokajają też dużo więcej ich potrzeb: edukują, ale też dają poczucie grzeszku, bawią, pokazują możliwe transgresje. No i są międzynarodowe, ich oglądanie daje uczucie nadążania za tym, co się dzieje na świecie, uczestniczenia w tym, czym zajmują się nastolatki na całym świecie. Miejsce Norwida zajął więc Netflix, miejsce Hłaski – HBO. Nad nimi zaś unosi się wszechwładny Instagram. 
Moi studenci uważają, że to właśnie w świecie seriali, ich nieskończonej wielości, łatwości dostępu, powszechnej obecności kryje się klucz do zrozumienia ich samych oraz otaczającej ich rzeczywistości. Uniwersytet zdaje sobie sprawę z tej wielkiej zmiany, upadku paradygmatu kultury pisma, i oferuje młodym coraz więcej kierunków, na których można studiować obraz: teksty kultury zamiast przyziemnej polonistyki, kultura obrazu zamiast socjologii, edukacja filmowa zamiast historii itp. Postrzeganie świata przez pryzmat seriali przekłada się na jeszcze jedn...

Dalsza część jest dostępna dla użytkowników z wykupionym planem

Przypisy