Dołącz do czytelników
Brak wyników

Książka na zakręcie

16 stycznia 2019

NR 28 (Styczeń 2019)

Jestem w historii świata
Śmierć i ceremonie żałobne w literaturze

0 189

„Ojciec, uszczęśliwiony, upewnia się: to co, już jestem w historii świata?” – pisze w reportażu Kapelusz dla świata Mariusz Szczygieł o swoim ojcu. Umieścił jego zdjęcie na Instagramie, a w odpowiedzi obserwujący opowiadali o miłości i tęsknocie za swymi zmarłymi już ojcami.

Żałoba dzięki mediom społecznościowym okazuje się tym, co nas spaja, a nie tym, co dzieli. Ból po stracie, z natury osobisty, intymny i nieprzekazywalny, okazuje się mniejszy, gdy zostaje wypowiedziany, gdy zdobywa współczucie i rodzi współodczuwanie. Dlatego o żałobie piszą także Marek Bieńczyk, Inga Iwasiów i Marcin Wicha. Bieńczyk oddaje do rąk czytelnika Kontener: tutaj śmierć matki jest punktem wyjścia, ona sama jednak pojawia się w niej rzadko, bo autor woli ukrywać swój osobisty ból za opowieścią o kulturowych formach odprawiania żałoby. Zamiar ten nie do końca udaje mu się zrealizować, bo więź z matką, intymne momenty wydobywają się na powierzchnię, prześwitują spod poszukiwania żałoby u innych. Iwasiów z kolei pisze po śmierci ojca, rysując plastycznie nie tylko relację z nim, ale i przedstawiając ojca i siebie jako dwie, zupełnie niezależne, silne jednostki. Jej historia okazuje się po kobiecemu mocniejsza, pełniejsza bowiem konkretu życiowego, odniesień do sytuacji, z którymi praktycznie trzeba sobie poradzić po śmierci bliskich. Więcej tutaj też nieukrywanych emocji. Wicha w Rzeczach, których nie wyrzuciłem (wyróżnionych Nagrodą Gombrowicza, Paszportami „Polityki” oraz Nagrodą Nike) opisuje odchodzenie matki, jej chorobę i powolną śmierć, wreszcie sprzątanie mieszkania po zmarłej, rozdawanie książek – to właśnie opowieść o jej książkach staje się osią tej osobistej historii. Inne rozwiązanie wybiera Szczygieł, jego zbiór Nie ma to szereg reportaży o samotności, odchodzeniu, życiu po Holocauście, przemocy, miłości do zwierząt, ostatnich podróżach i domykaniu życia, sztuce, dojrzewaniu. 

Prawo do żałoby

Wszystkie te literackie opowieści o śmierci, samotności i rozpaczy łączy z pewnością niezgoda na szybkie odprawienie rytuału żałoby i na odejście zmarłego w niepamięć. Szczygieł idzie w swoich rozważaniach jeszcze dalej, zestawiając różne rodzaje braku, czyli tytułowego Nie ma: domaga się przywrócenia prawa do przeżywania rozmaitych rodzajów cierpienia, niepokoju. Opowiada o ludziach zmiażdżonych przez system komunistyczny – Miladzie Müller, właścicielce pięknej modernistycznej willi w Pradze, zamienionej po wojnie w muzeum, przymierającej głodem i strzegącej ostatnich blasków dawnej sławy. Jeden rozdział poświęca Ediemu Hili – malarzowi – wrogowi systemu, „obrażającemu” ideologię komunistyczną swoją techniką pracy. Z tego powodu właśnie został pozbawiony stanowiska, zleceń, pamięci. Próbowano go upokorzyć, wysyłając do pracy robotniczej, „zgnoić” go dla przykładu, by przywołać do porządku innych potencjalnych buntowników. Nie ma jest pomnikiem wystawionym osobom, które walkę z losem przegrały, wyszły z życia na tarczy: siostry Ludwika i Zofia Woźnickie ratują się z Holocaustu, ale przez większą część życia cierpią na choroby psychiczne, przekonane, że ktoś je podgląda, podsłuchuje i śledzi. Obie, już jako dojrzałe kobiety w krótkim odstępie czasu popełniają samobójstwo. Szczygieł domaga się pamięci o nich, o ich życiu i upodobaniach, nie pozwala nam w nich widzieć jedynie niewinnych i bezbarwnych ofiar wojennej katastrofy. Nie zgadza się też na to, by zamknąć je w bezpiecznych, dających czytelnikowi komfort przegródkach, ometkować po to, by usunąć z pamięci. Zmaganie się z cudzą śmiercią, akceptacja rozpaczy, trud związany z towarzyszeniem umierającemu wydaje mi się sprzeczny z coachingowym nastawieniem do życia, dopuszczającym tryb „slow” tylko w przyjemnościach. W takim porządku każda trudność, jaka pojawia się w życiu, ma być jak najszybciej przezwyciężona, bo powinniśmy być „sfokusowani na sukces”. Żałoba, niepokój, rozpacz zdecydowanie ograniczają przecież kreatywność. 

Nie ma we współczesnej tradycji europejskiej przyzwolenia na publiczne przeżywanie żałoby, rozdzierania szat, posypywania głowy popiołem. Pozostały tylko ceremoniały pochówku i stypy.

Tymczasem opowieści Bieńczyka, Iwasiów, Szczygła i Wichy są w gruncie rzeczy szalenie tradycjonalistyczne, domagają się bowiem, by czytelnik zobaczył ból, by wczuwał się w cudze cierpienie. Ich celem jest zatem rewindykacja starej funkcji literatury, dzisiaj nie tylko już wykpionej, ale i zapomnianej: medium cierpienia i niepokoju, w którym chodzi o szansę na przeżywanie pewnych emocji po to, by rozwijać nasze człowieczeństwo, wzbogacać się duchowo. Dziwnie – i w pewien sposób staroświecko – czuję się, pisząc te słowa, ale sądzę, że w dobie powszechnej ekonomii lektury ważne jest przypomnienie o takich „niedochodowych” celach czytania. Iwasiów, Szczygieł i Wicha piszą tak, że nie nabywamy z ich lektury żadnej wiedzy, nie opanowujemy swoich emocji, nie przepracowujemy swojej żałoby – nie ma więc tu żadnej korzyści, dla których z reguły sięga się po książkę. Przeciwnie, wszyscy ujawniają nam swój ból, zmuszając do tego, byśmy współodczuwali z nimi. Szczygieł dorzuca jeszcze – gratis – niepokój egzystencjalny, wyprowadzony w reportażu o pracy artysty Wiele męskich scen. Porzucając w różnych miejscach miasta budzące przerażenie, współczucie, gniew rzeźby małych dzieci, dorosłych, przedmiotów, Tomasz Górnicki budzi lęk, zmusza do konfrontacji z ukrytymi głęboko obawami, stawia w pozycji winnych – każe wyjść z wygodnej pozycji mieszczańskiego konsumenta kultury, percypującego sztukę w bezpiecznej ramie muzealnej konwencji. 

Wypominki

Inga Iwasiów pisze po to, by dać wyraz ostatecznej tęsknocie za ojcem, by przepracować żałobę, bo cierpienie paraliżuje, zagarnia życie. Rysuje przed oczyma czytelnika portret surowego, ale też rozumiejącego, towarzyszącego jej zawsze ojca. Pokazuje, jak różne charaktery mogą się wzajemnie wzmacniać, jak może rozwijać się więź między dorosłą już córką a ojcem. Opowiada o tym, jaki był, o jego warsztacie zegarmistrzowskim, codziennych zachowaniach, tematach najczęstszych rozmów. Podobnie robi Marcin Wicha, charakteryzując matkę i zestawiając dwa jej wizerunki: młodej, aktywnej społecznie kobiety oraz chorej na raka staruszki, powoli zapadającej się w siebie, stopniowo umierającej. Porządek narracji poświęconej zmarłym nie odpowiada wcale układowi, jaki znamy z mów żałobnych czy antycznego trenu. W przywoływanych tutaj tekstach nie ma 
żadnej konsolacji, właśnie o jej brak tutaj idzie – o życiową trudność, o poddanie się jej, podporządkowanie własnego komfortu życiowego potrzebom umierających, o wskazanie słabości, brzydoty ciała umierającego, odchodzącego. Niespodziewanie domyka się koło życia: najpierw karmisz swoje dzieci, potem karmisz swoich rodziców. „Ratownik, który karmił swojego ojca jak niemowlę, najpierw łyżeczką, a potem smoczkiem, daje mi znak” – pisze Wicha. Książka o żałobie i śmierci stanowi odwrócenie książki o narodzinach, gesty i słowa okazują się jednak takie same, bo do umierającej mówi się jak do płaczącego niemowlęcia: „No już. No już. No już. Już się nie złość. Już się nie martw. Już się nie bój. Już. Już.

Opowieści Bieńczyka, Iwasiów, Szczygła i Wichy są w gruncie rzeczy szalenie tradycjonalistyczne, domagają się bowiem, by czytelnik zobaczył ból, by wczuwał się w cudze cierpienie. Ich celem jest zatem rewindykacja starej funkcji literatury, dzisiaj nie tylko już wykpionej, ale i zapomnianej: medium cierpienia i niepokoju, w którym chodzi o szansę na przeżywanie pewnych emocji po to, by rozwijać nasze człowieczeństwo, wzbogacać się duchowo. 

Ale cię kocham. Wszyscy cię kochają” – oszczędnie i przejmująco Wicha wylicza ostatnie słowa do mamy. Miejsce toczącego się przez całe jego życie dialogu z matką zajmuje monolog – tym razem jednak, inaczej niż w przypadku dziecka, nie doczeka się odpowiedzi, znaku zrozumienia. 

Jak można pisać tuż po śmierci?

Opisywanie zmarłego jest próbą przywrócenia mu życia, przedłużenia fantomowego trwania, okazuje się jednak gestem przeciwskutecznym. Wicha tak rozpoczyna swoją opowieść o matce: „Kiedyś sądziłem, że ludzi pamiętamy, dopóki możemy ich opisać. Teraz myślę, że jest odwrotnie: są z nami, dopóki nie umiemy tego zrobić”. Jakby stworzenie portretu zmarłego było ponownym uśmierceniem. Uporządkowanie pamięci, wydobycie i posegregowanie wspomnień prowadzi tutaj do przesunięcia zmarłego w przestrzeń Elizjum, odsunięcia się od niego, a nie zachowanie go. Dlatego właśnie Bieńczyk w Kontenerze inaczej ustawia kierunek swojej narracji: nie chce matki wspominać, a wziąć na warsztat temat śmierci. Żongluje teoriami i tekstami, nie chce, by mówić o „żałobie”, raczej o „zmartwieniu” w znaczeniu francuskiego „chagrin”. Cytuje Brocha, Mallarmégo, Freuda, Faulknera, Canettiego, Barthesa, Tkaczyszyna-Dyckiego, Celana. Pokazuje żałobę jako rodzaj szaleństwa – czasami nawet miłosnego, podkreśla wyjęcie z życia żałobnika, jego tęsknotę za zmarłym. Ustawia się w rzędzie mężczyzn rozliczających się z matkami – jak św. Augustyn, Genet, Bataille. Są to w gruncie rzeczy jego kolejne zasłony, intelektualne gry, które podejmuje, by odsunąć od siebie ból, by oswoić jakoś i przyjąć tę śmierć. Kulturalny uchwyt, nawias czasem znika, a wtedy zachowan...

Pozostałe 70% treści dostępne jest tylko dla Prenumeratorów

Co zyskasz, kupując prenumeratę?
  • 6 wydań magazynu "Polonistyka"
  • Dostęp do wszystkich archiwalnych artykułów w wersji online
  • Możliwość pobrania materiałów dodatkowych
  • ...i wiele więcej!
Sprawdź

Przypisy